Jest to opowieść o triumfie, tragedii, transformacji i transcendencji kolarza wszech czasów, Lance’a Armstronga, jego dzieciństwie, wczesnych sukcesach, walce z rakiem, leczeniu, powrocie do życia, małżeństwie i pierwszych chwilach ojcostwa. Zwycięstwo Lance’a Armstronga w kolarskim wyścigu Tour de France zastało okrzyknięte „pamiętnym wydarzeniem w historii sportu ostatniego wieku”. W 1996 roku Lance Armstrong założył fundację swojego imienia - organizację charytatywną, wspierającą wszelkie działania, których celem jest walka z chorobą nowotworową.
Inne książki tego autora:
Liczy się każda sekunda
38.00 PLN
Fragment/Recenzja:
NR 159 (4059) 10 LIPIEC 2003
Od wariata do profesora
Oglądanie Tour de France z książką Lanc’a Armstronga ("Mój powrót do życia. Nie tylko o kolarstwie") w ręku jest całkiem nowym przeżyciem. Czytanie tej opowieści (w moim przypadku powtórne) pozwala lepiej smakować kolarstwo. Na pozór nudna ucieczka staje się natychmiast ciekawym przeżyciem. Pytanie, które Armstrong stawiał sobie – "...kim jest ten facet i o co mu chodzi?" – ja stawiam teraz każdemu, kto wychyli koło przed peleton. Odpowiedź jest bowiem kluczem do zrozumienia filozofii pedałowania. Książka Armstronga pokazuje też kilka ważnych spraw, dla sportu w ogóle. Właściwie to podręcznik – dla sportowców najwyższego wyczynu. A Tour de France jest swego rodzaju polem doświadczalnym. Tu się dopiero okazuje... kim jest ten facet. Na pierwszym etapie o zwycięstwo z grupy walczyło co najmniej trzydziestu ludzi w tempie 60 km/godz. I była kraksa. Mimo, że śmiertelnie groźna, nikogo z peletonu nie oduczyła ryzyka. Ścigają się dalej. Za chwilę będą góry, gdzie podczas podjazdów trzeba oddać całą siłę i wytrzymałość, podczas zjazdów zapomnieć o rozsądku i strachu. Więc kim jest ten facet? Tour de France dobrze się ogląda z Armstrongiem. Choćby można się przekonać, jak zmieniają się ludzie. Kręcą pedałami i myślą – jak Armstrong na początku swej kariery – dlaczego oni nie ustępują mi miejsca, dlaczego, u diabła, siedzą mi na kole, przecież to ja jestem najlepszym kolarzem na świecie. To wariant pierwszy. Kręcą pedałami i myślą – jak Armstrong doświadczony w sporcie i w chorobie – skoro tyle pokonałem przeciwności , wygrałem z rakiem, to znaczy, że żyję i mogę zwyciężać, wstaję z siodełka i biorę się do roboty. To wariant drugi. I zastanawiam się, czy facet, którego widać właśnie na ekranie, jest wczesnym czy późnym Armstrongiem. Książka jako podręcznik dowodzi, że często sportowe szczyty osiągają ludzie nieobliczalnie zdolni i obłędnie pracowici, inni od wszystkich, zachłanni na sukces, nawet niemili. Ale sukces prawdziwy, trwały, największy musi mieć solidną podstawę. Armstrong mówi o Tour de France, że wygrał po raz pierwszy, kiedy zrozumiał, że w tym wyścigu nie można zwyciężyć jadąc na skróty. Jego kariera przypomina wielkie kariery artystów, uczonych – od wariata do profesora. Armstrong w tym wyścigu jest profesorem.