Witaj Gościu!

Zaloguj
Zarejestruj
Książki w koszyku

Twój koszyk jest pusty
STRONA GŁÓWNA O NAS JAK KUPOWAĆ KONTAKT KLUB CZYTELNIKA
ZNAJDŹ KSIĄŻKĘ LUB AUTORA








 





BIZNES I EKONOMIA

Tomáš Sedláček
Ekonomia dobra i zła.
Cena: 44.90 PLN
Ilość stron: 360
Oprawa: miękka
Format: 150 x 227
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-62304-44-8
  

Kilka słów o...

Czy da się opowiedzieć historię myśli ekonomicznej poprzez książkę, która przebija sprzedażą Kod da Vinci i Harry’ego Pottera, a później zrobić z tego sztukę teatralną? Tomáš Sedláček udowadnia, że tak.W fascynującej książce „Ekonomia dobra i zła”, która przebojem podbiła czeski i słowacki rynek wydawniczy autor prowadzi czytelnika od eposu o Gilgameszu do myśli, które współcześnie napędzają światowe rynki. W jasny i przystępny sposób, a jednocześnie erudycyjny i angażujący czytelnika tłumaczy najważniejsze zjawiska światowej ekonomii i stawia tezę: wszystko sprowadza się do ludzkich motywacji, do ekonomii dobra i zła. Książka została wydana przez Oxford University Press, a swoje wydania przygotowują również wydawnictwa m.in. w Chinach, Niemczech i Rosji.

Po sukcesie wydawniczym i entuzjastycznych recenzjach nie tylko w krajowych mediach, ale także w Financial Times, The New York Times i Washington Post, książka została adaptowana jako sztuka teatralna i wystawiona ponad 100 razy, głównie w Czechach i na Słowacji i w Wielkiej Brytanii (wszystkie bilety na przedstawienia w Teatrze Narodowym w Pradze, ale też m.in. londyńskim Soho Theatre zostały sprzedane).

Książkę Tomáša Sedláčka miałem okazję czytać jeszcze przed publikacją i od razu zrozumiałem, że zawiera niekonwencjonalne podejście do dziedziny uchodzącej powszechnie za nadzwyczaj nudną. Lektura pochłonęła mnie i cały czas zadawałem sobie pytanie, jakie zainteresowanie wzbudzi u innych czytelników. Autor nie udziela przemądrzałych i stanowczych odpowiedzi, lecz skromnie zadaje fundamentalne pytania: Czym jest ekonomia? Co stanowi jej treść? Skąd się wzięła ta nowa religia, jak czasami jest określana? Dlaczego jesteśmy tak bardzo uzależnieni od ciągłego wzrastania wzrostu i wzrostu wzrastania wzrostu? Skąd się wzięła i dokąd nas prowadzi koncepcja postępu? Dlaczego w tak wielu dyskusjach ekonomicznych pojawiają się obsesje i fanatyzm? Człowiek myślący musi zadawać sobie te wszystkie pytania, ale ekonomiści rzadko udzielają na nie odpowiedzi.
Vaclav Havel, prezydent Czechosłowacji (1989-1992) i Republiki Czeskiej (1993-2003)

Wyróżnienie Economicus 2012

 


Inne książki tego autora:
Audiobook - Ekonomia dobra i zła
39.00 PLN
   
Zmierzch Homo Economicus
34.90 PLN
   
Audiobook - Zmierzch Homo Economicus
29.00 PLN
   
Fragment/Recenzja:
 


 
12.07.2012
 
MAGAZYN ŚWIĄTECZNY
autor: Piotr Buras wywiad z Tomášem Sedláckiem autorem książki "Ekonomia dobra i zła"

Czy chcemy żyć w tolkienowskim Mordorze, gdzie jest wysoki PKB dzięki zbrojeniom i produkcji ciężkich maszyn? Czy raczej w Rivendell, w którym pewnie przez stulecia nie było wzrostu gospodarczego - odpowiada Tomáš Sedláczek.

Piotr Buras: Nie zostawia pan suchej nitki na naszej obsesji wzrostu gospodarczego i twierdzi, że żądza mnożenia dóbr materialnych jest główną przyczyną kryzysu. Jednocześnie pracuje pan jako główny ekonomista wielkiego banku. Jak pan to godzi? Przecież to hipokryzja!

Tomáš Sedláczek: To proste. Mój bank zainteresowany jest bardziej działaniem w stabilnym otoczeniu niż nieustanną ekspansją. Każdy poważny biznesmen czy ekonomista powinien tak robić. Owszem, idealnie byłoby mieć i jedno, i drugie: zdobywać i zachowywać bezpieczeństwo. Ale to niemożliwe. Bezpieczeństwo jest znacznie ważniejsze od wzrostu gospodarczego. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że właśnie w sektorze bankowym myśli się zazwyczaj inaczej i chodzi o to, by stawiać na wzrost, ryzykując bezpieczeństwo. To błąd. Dlatego krytykuję banki.

Dotąd żyliśmy w przekonaniu, że ekonomia nie kieruje się żadnymi szczególnymi wartościami.

- To nieporozumienie. Sto lat temu ludzie byli dumni ze swoich wartości.

Jakich wartości w takim razie nam brakuje?

- Trzeba zmienić sposób myślenia o ekonomii. Nie powinniśmy pytać, czy gospodarka dobrze funkcjonuje albo czy rynki działają efektywne. To bezsensowne pytania. Właściwe pytanie brzmi: czy działają tak, jak sobie tego życzymy? Odpowiedzi może być wiele - i właśnie one powinny być przedmiotem debaty. Nie tylko ekonomiści, ale cała nasza kultura zaniedbała pytania o dobre społeczeństwo. Nie powinniśmy wymagać od ludzi, by działali racjonalnie, lecz powinniśmy tworzyć modele rozsądnego postępowania.
Batman mówi na początku filmu: bądź świadom tego, gdzie żyjesz. My o tym zapomnieliśmy.Serialu o chciwości ciąg dalszy - materiał Al Dżaziry tłumaczący, o co chodzi w najnowszym globalnym skandalu finansowym z udziałem Barclays.

Toż to utopia!

- Niech mi pan powie, co jest bardziej utopijnego niż wiara, że wzrost gospodarczy będzie nieustannie prowadził nas do krainy szczęśliwości? Przyzwyczailiśmy się do tego, że wszystkie problemy można rozwiązać za pomocą wzrostu. W obecnym kryzysie nieustannie tylko o tym się mówi. Ale jest prawdopodobne, że przez dziesięć lat albo dłużej nie będzie wcale żadnego wzrostu. Co wtedy? Musimy mieć model gospodarki - teoretyczny i praktyczny - który nie zawali się w momencie, gdy wzrost przestanie działać. Jeśli gospodarka jest jak rower, tzn. upadnie, jeśli nie przestanie posuwać się do przodu, to musimy jej dostawić boczne kółka. Musimy być przygotowani na to, by radzić sobie w sytuacji, gdy wzrostu zabraknie: zadbać o bezrobotnych i biednych oraz o to, by brak wzrostu PKB rzędu 3 proc. nie doprowadził nas do wojny.

Cała rozmowa dostępna w Magazynie Świątecznym GW 14-15.07.2012

13.01.2012

 

Rada na kryzys: koniec z chciwością

„Ekonomia dobra i zła" to inspirująca lektura dla ekonomistów, filozofów i wszystkich przerażonych widmem kryzysu. Czy dobro ma coś wspólnego z rachunkiem ekonomicznym? Czy się opłaca? - pyta Tomaś Sedlaćek, autor książki. Czy zło i egoizm dadzą się usprawiedliwiać, jeśli w ich efekcie powstaje dobro wspólne? Dlaczego ekonomia wierząca w niewidzialną rękę rynku obawia się kontaktu z metafizyką i etyką? Sedlaćek przekonuje, że te pytania są dziś szczególnie aktualne, bo kryzys to dobry czas do zastanowienia się nad celem naszych dążeń i sensem nieprzerwanego wzrostu. „Zbawienie polega teraz na skończeniu z niedostatkiem materialnym i prowadzeniu ludzkości do nowej ery gospodarki obfitości" - zauważa. A jednocześnie ostrzega, że nienasycenie społeczeństw Zachodu tworzy absurdalne dążenie do wzrostu dla samego wzrostu. Kiedyś myśleliśmy, że im więcej mamy, tym mniej chcemy lub potrzebujemy. To błąd Potrzeby rosną wraz z posiadaniem. Nigdy nie będziemy zaspokojeni. Jesteśmy bogatsi niż jakakolwiek dotąd cywilizacja, lecz daleko nam do powiedzenia „dosyć". Rada jest jedna: koniec z chciwością. Nie ma ekonomii bez etyki - przekonuje. I dla poparcia tej tezy dokonuje imponującej analizy związków myśli ekonomicznej i filozoficznej od początku cywilizacji do współczesnej popkultury. Od sumeryjskiego eposu „Gilgamesz", grecldch mitów, Starego Testamentu przez Nowy Testament, poglądy filozofów i ekonomistów do filmowego „Matriksa". Etyka to nie tylko lukier na torcie matematyczno-ekonomicznych analiz - twierdzi. W ekonomii chodzi w gruncie rzeczy o dobro i zło. Tomaś Sedlaćek skończył ekonomię teoretyczną na Uniwersytecie w Pradze i był stypendystą Uniwersytetu Yale. W latach 2001 - 2003 pracował jako doradca ekonomiczny prezydenta Vaclava Havla. Obecnie jest strategiem jednego z największych prywatnych banków w Czechach i na Słowacji oraz członkiem Narodowej Rady Ekonomicznej przy Premierze Czech. Książka „Ekonomia dobra i zła" w Czechach ukazała się w 2009 roku i rozeszła w 50 tys. egz. Adaptowano ją także na sztukę teatralną graną w praskim Teatrze Narodowym i londyńskim Soho Theatre. —Monika Kuc


16.01.2012

 

DWA PIWA NA TRZECH

Nie możemy już więcej się zadłużać, a ekonomia musi się wymyślić na nowo

wywiad z TOMASEM SEDLACKIEM, czeskim ekonomistą

 Co jest nie tak z gospodarką?- Coś podobnego do tego, o czym się mówi w mitach, starych i nowych: że stała się narzędziem bez duszy. Innymi słowy, pytanie nie brzmi, czy gospodarka działa czy nie, tylko czy działa w sposób, jakiego byśmy od niej oczekiwali. Odpowiedź na to pytanie jest trudna, żeby bowiem na nie odpowiedzieć, musielibyśmy najpierw być zorientowani, jak gospodarka ma działać.

A jak chcemy, żeby działała? - Przede wszystkim chcemy, żeby była sprawiedliwa. Problem polega na tym, że musimy zacząć oceniać. Ekonomia, jak staram się pokazać w książce, od dawna jest oparta na wartościach, tyle że staramy się od tego uciec. Tytuł jest prowokacją, ponieważ ekonomia rzekomo nie powinna mówić o dobru i złu. Pierwsza reguła Fight Clubu (z filmu „Podziemny krąg" - przyp. red.) jest taka, że nie mówi się o Fight Clubie. Pierwsza zasada ekonomii jest taka, że nie mówi się o dobru i złu. Ale w rzeczywistości mówimy.

Podobał mi się przykład z książki, dziennikarz pytający ekonomistę o Inflację. „Jak jest wysoka? 4,2%. A to dobrze czy źle i jaka powinna być?" - Albo przykład z Miltonem Friedmanem. Napisał, że ekonomia powinna być nauką pozytywną. „Powinna" wskazuje na sąd normatywny, czyli mówiący nie jak jest, ale jak być powinno. Trzeba więc przyznać, że ekonomia jest podszyta wartościami. Każdego dnia w mediach słyszycie, że złoty jest przewartościowany lub niedowartościowany, co wskazywałoby, że mamy jakąś wiedzę na temat tego, ile złoty powinien kosztować. I to jest właśnie to, o czym mówi ruch Occupy Wall Street: stworzyliśmy narzędzie, które miało nam służyć, ale de facto to my jesteśmy niewolnikami tego narzędzia. W „Matriksie" maszyny miały nam służyć, ale zamiast tego nas zniewoliły. We „Władcy Pierścieni" to pierścień miał Golluma, nie na odwrót. Ekonomii trzeba przywrócić duszę. Ciało bez duszy to zombi. Czy działa? Tak, nawet bardzo efektywnie, ale nie tak, jak powinno. Ekonomia kiedyś miała duszę, którą staram się na powrót odnaleźć. Kiedy ekonomia straciła duszę? - Na początku ubiegłego stulecia, kiedy była zafascynowana fizyką - nauką o martwych przedmiotach - tak bardzo, że starano się zastosować metody z fizyki w ekonomii. Dlaczego nie mielibyśmy zastosować metod z biologii, filozofii albo psychologii? Jest taki czeski dowcip o policjancie, który rozgląda się za czymś pod latarnią. Przechodzień pyta go, co robi. Ten na to, że zgubił klucze i teraz ich szuka. „Ale od dwóch godzin szuka pan w tym samym miejscu". „Tak, ale tylko tutaj widzę!". To jest właśnie problem z ekonomią: wydaje nam się, że powiemy prawdę tylko wtedy, kiedy posłużymy się modelem matematycznym. Wielu sądzi, że ekonomia to fundament, a filozofia i reszta to tylko wierzchołek góry lodowej. Staram się pokazać, że jest dokładnie na odwrót.

Można uprawiać ekonomię bez liczb? - W naszym życiu jest wiele wartości. Jedne mają przypisane do siebie liczby, drugie nie. Woda, ubrania, komórki - mają liczby. Miłość, przyjaźń, piękno, czyste powietrze - nie. Jeśli wrzucimy je do modelu, stanie się jasne, że policzyć można tylko jedną część. Nie ma więc co się dziwić, że ekonomia kuleje. Szukamy prawdy absolutnej w liczbach. W „Autostopem przez Galaktykę" cywilizacja chce poznać odpowiedź na pytanie o sens życia, wszechświata itd. Buduje więc wspaniałą maszynę, która da jej tę odpowiedź na ostateczne pytanie, i odpowiedź brzmi: „42". Douglas Adams obśmiewa to, że chcemy liczby. Ale ta liczba nie ma sensu bez kontekstu, tak samo jak 4,2% inflacji nie ma sensu bez kontekstu. Mamy więc dwa typy prawd, jedną nazywam prawdą naukowca, a drugą prawdą poety. Jeśli powiemy: „Kobieta jest jak kwiat", z matematycznego punktu widzenia takie zdanie to nonsens. A jednak wszyscy rozumiemy, że znaczy to, że jest delikatna i piękna. Ale od pitagorejczyków uważamy, że liczba jest najbardziej realną częścią rzeczywistości. Kiedy proszę studentów o przykład prawdziwego zdania, zawsze mówią mi coś w rodzaju „1 + 1=2". To ciekawe, że chcemy, żeby prawda była obiektywna. Nikt nigdy nie powiedział: „Kocham swoją dziewczynę". Kiedy zamykamy oczy i myślimy o prawdzie, myślimy o jakiejś formule płynącej przez przestrzeń niezależnie od naszego istnienia. Ekonomia powinna być znacznie bardziej miękka, świadoma tego, że funkcjonuje w obrębie jakiegoś kontekstu.

Ale chyba nie jest tak, że nie próbowaliśmy się oderwać od liczb? Weźmy chociażby pojęcie kapitatu społecznego. - To, że wstawimy gdzieś słowo kapitał, nie znaczy, że je rozumiemy. Na pytanie, dlaczego matka karmi dziecko piersią, ekonomista odpowiedziałby, że jest to dla niej użyteczne. Wstawienie gdzieś słowa użyteczność nie znaczy, że się to zrozumiało. W Biblii od samego początku stawiana jest teza, że to, co twarde, ma tendencję do niszczenia tego, co miękkie. Abel to wiatr, mgła, coś lekkiego. Kain znaczy kowal. Podobnie Agent Smith w „Matriksie" starający się zniszczyć Neo-Mesjasza. To on zawsze atakuje Neo, nie na odwrót. Ten sam problem mamy w ekonomii: „twarde" ma tendencję do wypierania „miękkiego". Jedyne rozwiązanie to zbudować dookoła miękkiego mur. Doskonałym przykładem jest Central Park w Nowym Jorku. Pośrodku miasta, gdzie każdy centymetr jest wykorzystany z maksymalną efektywnością, znajduje się coś pozornie bezużytecznego. A jednak chronimy to, mówimy niewidzialnej ręce rynku: tutaj nie sięgniesz.


Jaki jest efekt wypierania miękkiego przez twarde? - Kiedyś nie było cen. Są całe przestrzenie naszego życia, gdzie funkcjonujemy doskonale bez cen, np. rodzina. Dokonujemy wymiany, ale nie używamy cen. Robisz żonie rano śniadanie, ona za to po południu zrobi naleśniki. To jest takie niedookreślone, a jednak działa. Tymczasem w Grecji czy w Lehman Brothers mieliśmy bardzo precyzyjne reguły, stopy procentowe wyliczone do setnej części procenta tylko po to, aby się dowiedzieć parę lat później, że nic z tego nie działa. Teoretycznie jeśli jestem bankierem i mam te wszystkie doskonale modele, nie powinienem się martwić, bo przecież model przewidzi dla mnie krach. A model jest jak poduszka powietrzna, która zawsze działa, z wyjątkiem wypadku. Teraz dowiadujemy się, że pożyczaliśmy Grecji na zbyt niski procent. Gdyby był wyższy, nie pożyczaliby tak dużo. Model więc nie skalkulował tego porządnie. Teoretycznie te modele mają zminimalizować niepewność. Zamiast tego dały nam poczucie pewności, co nie jest dobre. Wyobraźcie sobie, że jesteście w wielkiej hali i nagle gasną światła. Ktoś krzyczy: „Wiem, gdzie są drzwi! Biegnijcie za mną!". Wszyscy to robią i uderzają w ścianę. To jest ułuda pewności w sytuacji fundamentalnie niepewnej. Gdybyśmy nie mieli żadnej pewności, jak działać, wszyscy padlibyśmy na kolana i po omacku szukali drogi. Jest wolniej, nie tak efektywnie, ale uznajemy, że jest niepewność. Inaczej: wyobraźmy sobie, że prowadzimy samochód, w którym hamulec i gaz losowo się zmieniają. Taki samochód prowadziłoby się bardzo, bardzo powoli i ostrożnie, bo nie rozumielibyśmy, jak działa. Tymczasem my jechaliśmy tym samochodem bardzo szybko.
W książce jednak nie znajdziemy wielu recept, jak dokładnie ma wyglądać przywrócenie duszy ekonomii.
- Bo to nie jest książka odpowiedzi. Staram się pokazać punkt, w którym możemy się znaleźć za jakiś czas. Przede wszystkim chcę pokazać, że nie rozumiemy stóp procentowych. Ale także pokazuję pierwszy cykl gospodarczy w historii człowieka, coś, co wszyscy znają, tylko mało kto patrzy na to pod tym kątem. Księga Rodzaju, gdzie faraon ma sen o siedmiu latach tłustych i chudych. Siedem lat wzrostu PKB, siedem lat spadku PKB. A za tym idzie oczywiście porada: nie jedz wszystkiego, co wyrośnie, ale zachowaj to na gorsze czasy. Porada, którą znajdujemy w Biblii, liczy 3 tys. lat i jest zrozumiała dla siedmiolatka, ma więcej mądrości niż nasze modele ekonometryczne. To . jeden z kluczowych elementów, jakiego nam brakuje w gospodarce. Myślimy, że jesteśmy w środku depresji. To niewłaściwa diagnoza. Jesteśmy w środku depresji maniakalnej. Przeceniamy dobre lata, kiedy wydajemy, ile wlezie, więc przeceniamy też lata zte. Pacjenta w depresji leczy się inaczej niż w depresji maniakalnej. Najpierw trzeba się zająć częścią maniakalną. W manii wydaje ci się, że jesteś Bogiem, wydajesz więcej, niż możesz. Maniakowi podaje się leki stabilizujące, które obniżają jego nastrój w dobrych dniach, a podwyższają w złych. Zmniejszamy amplitudę cyklu gospodarczego. Taka powinna być rola ekonomii, a nie stanie na straży wzrostu PKB. PKB nawet trzeba obniżać na rzecz stabilności. W
 książce wzrost jest porównywany do nowej, świeckiej religii.
- Nawet nasza reakcja na kryzys była religijna: dlaczego bogowie wzrostu odwrócili się od nas? Jak odzyskać ich przychylność? Jakiego rodzaju cięcia mamy sobie zadać, żeby nam wybaczyli? Prawdziwe pytanie brzmi: czy wzrost jest wynikiem kapitalizmu rynkowego czy też - i to jest straszne - warunkiem sine qua non kapitalizmu rynkowego? Uważam, że demokracja i kapitalizm doskonale sobie poradzą bez wzrostu, ale wydaje się, że ludzie uważają inaczej i starają się nam to wmówić politycy. Jeśli nie przekupi nas wzrost, przestajemy być istotami ludzkimi - idziemy na wojny, zaczynamy kraść. Uważam, że Europejczycy nie muszą tacy być. Inaczej zadłużymy się na śmierć.
Ale to nie jest tak, że wzrost pozwala nam tylko na nowe zabawki, przecież przynosi także więcej środków na niezbędne dla jakości życia usługi, takie jak opieka zdrowotna. - Nie mam nic przeciw wzrostowi, ale co zrobić, jeśli go nie ma? Wyobraźmy sobie, że na stole stoją dwa piwa, ale jest troje ludzi. Musimy więc odbyć filozoficzną, etyczną i ekonomiczną debatę o tym, jak je podzielić. Czy ma je dostać bogatszy? Bardziej spragniony? Czy może panie powinny mieć pierwszeństwo? Albo po prostu ktoś, kto przyszedł pierwszy do pubu? A może powinniśmy się podzielić, a jeśli tak, to jak? Może powinien dostać ktoś, kto nigdy nie pił piwa? Albo alkoholik? To bardzo skomplikowany filozoficznie problem, a naszym rozwiązaniem było magiczne pojawienie się trzeciego piwa. I to jest wzrost. Przez dłuższy czas kupowaliśmy więc to trzecie piwo i wszyscy byli zadowoleni. Teraz trzecie piwo się nie pojawiło.
Czy ta metafora nie pokazuje, że jesteśmy niezdolni do rozwiązywania własnych problemów?
- Tak. Dopiero ostatnio zaczynamy poświęcać uwagę problemowi podziału bogactwa. Dopiero teraz Occupy Wall Street podnosi takie kwestie. Dlaczego nie robili tego wcześniej? Oni nie chcą obalić kapitalizmu, wskazują tylko, że jego części są niesprawiedliwe. Gdyby rząd nie wykupił Wall Street, to bankierzy staliby na ulicach.
Nie będzie trudno zmienić wzorzec w ekonomii jako nauce, ponieważ zmiany we wzorcach zdarzają się cały czas. Tylko jak przekonać polityków?
- To jest filozoficzny problem i filozofowie powinni tutaj odegrać jeśli nie kluczową, to przynajmniej jedną z kluczowych ról. Zakończyć tę schizofrenię, gdzie nasze dochody są takie i takie, ale wydatki znacznie większe. Można tak przez parę lat, ale nie w nieskończoność. To jest punkt, w którym znajdujemy się dzisiaj. Możemy więc podnieść podatki - czego nikt nie chce robić - albo obniżyć wydatki, czego również nikt nie chce robić. Politycy nie powinni mieć takiej swobody w operowaniu długiem publicznym, jaką mają teraz. Możliwość dodruku pieniądza bardzo mądrze zabrano im już jakiś czas temu. Gdyby mogli po prostu drukować pieniądze, nie mielibyśmy długu, ale mielibyśmy hiperinflację. Zabraliśmy im to i nie mogą tego robić. Natomiast jeśli idzie o zadłużanie się, to rynki nie są w stanie dyscyplinować polityków - tak jak to było w Grecji. Dlatego tę możliwość też trzeba im zabrać.
A może nie trzeba zmieniać wzorca? Amerykanie dodrukowali 8 bln dol. i nie mają hiperinfiacji. Tak, bo są w recesji. Problem z inflacją jest taki, że nigdy nie wiadomo, kiedy uderzy. A kiedy już się pojawi, bardzo trudno ją kontrolować. Jak z deficytem: wydaje nam się, że potrafimy go kontrolować. Dług ma ci pomóc: samochód, którego nie masz, dom, który nie jest twój, itd. Zaciągamy go, żeby nam pomógł, i wydaje się, że damy radę go kontrolować, ale w rzeczywistości stajemy się jego niewolnikami. Tak się stało w Grecji i na Węgrzech. Są zniewoleni i nie mogą robić, co chcą.
Wiem, że to grzech pytać o przyszłość kogoś, kto zakazuje przepowiadania przyszłości: ekonomia może się zmienić?
- Najlepsze, co możemy zrobić, to złamać własne zasady. Niektóre systemy działają lepiej, jeśli się nie słucha reguł. Strajk włoski jest tego przykładem: jeśli wszystko wykonuje się dokładnie, system się zawala. W historii ludzkości chyba więcej krzywdy zrobiono, trzy- mając się reguł, niż je łamiąc. Tak jak z dziećmi: ile razy rodzic mówi: „Jeśli będziesz się tak zachowywać, nie będzie prezentów"? Ile razy rodzice trzymają się tych obietnic? To się stało w Grecji, na Węgrzech, w Irlandii, w Stanach - złamaliśmy własne zasady, bo to była jedyna rzecz, jaką mogliśmy zrobić. Gdybyśmy kalwinicznie trzymali się zasad, świat ległby w ruinach. Ekonomia jako nauka znajduje się we wspaniałym punkcie, wymyśla się na nowo. Tylko teraz jest na to zapotrzebowanie polityczne i społeczne, którego nie było jeszcze kilka lat tem.

16.01.2012

 
Stary Testament uczy ekonomii

 ROZMOWA Z Tomaśem Sedlaćkiem* wykładowcą na Uniwersytecie Karola w Pradze, byłym doradcą Vaclava Havla, głównym makroekonomistą w Ceskoslovenski ObchodniBanka (CSOB)

Adam i Ewa mieszkali w Edenie, mieli wszystko. Ich grzech pierworodny polegał na nadmiernej konsumpcji. Zerwali jabłko z drzewa, mimo że nie byli głodni i go nie potrzebowali.

 LESZEK BAJ: W swojej książce twierdzi pan, że za dużo w ekonomii matematyki, a za mało filozofii. Jak to się ma do obecnego kryzysu, który wywołało zadłużanie się, nadmierne wydatki i konsumpcja? TOMAŚ SEDLAĆEK: Z ekonomią jest pewien problem. W życiu mamy wiele wartości, ale tylko niektórym można przypisać liczbę, np. cenę. Coca-cola ma cenę, dyktafon ma cenę, także stół ma cenę. Ale są także inne wartości, którym nie można przypisać liczby. Chodzi na przykład o estetykę, przyjaźń, miłość czy zrozumienie. To wartości, które są niezmiernie ważne w życiu, ale ciężko je objąć jakimś modelem ekonometrycznym. Dla mnie ekonomia to więcej niż sam system. W mojej książce staram się odkryć duszę ekonomii, którą widać po zabraniu wszystkich tych liczb. Teraz chyba panuje taki generalny nastrój, że potrzebne są zmiany. Zrobiliśmy coś źle, nie wiemy dokładnie co, ale chcemy to zmienić. Nawet najbardziej cyniczny ekonomista z Wall Street to powie. Pokazują to ludzie z ruchu Oburzonych, z Occupy Wall Street... - Jeśli nie interwencje rządowe w instytucjach finansowych, to na ulicy protestowaliby ci finansiści z Wall Street, mówiąc, że kapitalizm jest niesprawiedliwy.  

Jednocześnie jest pan makroekonomistą pracującym w prywatnym banku, czyli wewnątrz tego systemu. Da się pogodzić pana filozoficzne podejście i ekonomię taką, jaka jest? - Czy byłoby lepiej, gdybym żył w lesie? Muszę być w środku, żeby zrozumieć, jak działa cały system ekonomiczny. Ale staram się być człowiekiem otwartym. Ekonomia często stosuje uproszczenia, np. ekonomiści zwykle zakładają, że ludzie są racjonalni i wolni. Ale tak wcale nie musi być. Nieracjonalność zachowania człowieka może obalić model ekonomiczny. Jeśli założę, że wszystkie psy są żółte, to mogę na tym zbudować pewien model. Ale nie powinniśmy później się specjalnie dziwić, że model nie działa i nie przybliża do prawdy. To jest problem ekonomii. Jesteśmy zbyt ograniczeni, myślimy zbyt wąsko.

 

Ekonomia potrzebuje więcej filozofii? - Przyjęło się, że bazą ekonomii jest matematyka, a tylko wisienkami na torcie są: filozofia, etyka, religia. Ja uważam odwrotnie. Matematyka to tylko czubek góry lodowej całej ekonomii. Podstawą ekonomii są nasze wierzenia, mity, historia.

 

No ale czy da się wytłumaczyć obecne problemy gospodarcze, np. z zadłużeniem, poprzez pryzmat historii? - Kryzysy przychodzą i odchodzą. Znamy to od stuleci. Pierwszy cykl koniunkturalny zanotowany przez człowieka pochodzi ze Starego Testamentu z Księgi Rodzaju. Faraon miał sen o siedmiu tłustych krowach, czyli o siedmiu dobrych latach z szybkim wzrostem PKB, i o siedmiu chudych krowach, czyli latach stagnacji czy recesji. Józef poradził faraonowi, by nie przejadać wszystkiego w dobrych czasach, ale oszczędzić na trudne czasy. To historia, którą zrozumie nawet siedmioletnie dziecko. Ale my - ludzie współcześni ze wszystkimi naszymi skomplikowanymi modelami ekonomicznymi - zrobiliśmy dokładnie odwrotnie. Nie tylko zjedliśmy wszystko, co mieliśmy, ale i zadłużyliśmy się. To sprawia, że obecny kryzys jest bardziej dotkliwy.

 

Co zrobić, by poradzić sobie z kryzysem? - Gospodarka światowa przypomina trochę chorego pacjenta, który cierpi nie na depresję, ale na psychozę maniakalno-depresyjną. Ma momenty depresji, ale też euforii i manii. Jeśli chce sz leczyć pacjenta z psychozą maniakalno-depresyjną, najpierw musisz uporać się z maniami. Grecka gospodarka cierpi na problem depresji. Być może, jeśli Grecy pracowaliby dwa razy ciężej, to nie mieliby obecnych kłopotów. Ale co z Irlandczykami? Ich gospodarka też ma problemy, ale mają one inne przyczyny- kłopoty sektora bankowego. Moim zdaniem, jeśli bankierzy irlandzcy pracowaliby dwa razy mniej, to może nie wywołaliby kryzysu w tym kraju. Pacjenta z depresją leczymy, dając antydepresanty jeśli ma lepszy nastrój - dobry znak. Problem w tym, że my dajemy antydepresanty nawet w okresach maniakalnych. Tymczasem gospodarce światowej potrzebna jest stabilizacja. Światowa gospodarka ma szansę na stabilny wzrost w kolejnych latach? - Widzę cztery źródła rozwoju, które w ostatnich latach spowodowały znaczący wzrost gospodarczy. Chodzi o źródła pochodzące z przeszłości - czyli np. wykorzystanie surowców. Drugim źródłem jest globalizacja, kolejnym są innowacje, czyli wynalazki. Wreszcie czwartym jest korzystanie z przyszłych źródeł wzrostu, czyli pożyczanie pieniędzy i inwestowanie ich dzisiaj. Z tym pożyczaniem jest jednak problem. Jeśli człowiek pożycza 10 tys. euro, to tylko głupiec powie, że jest bogatszy o 10 tys. Bo to przecież pożyczka. Ale gdy te same pieniądze pożycza państwo i finansuje deficyt budżetowy, wszyscy uważają, że jest bogatszy, i się cieszą, bo PKB rośnie. Jest i inny problem: dotychczasowe źródła wzrostu powoli wysychają. Surowce w końcu się skończą, zadłużać się dalej nie możemy. Globalizacja i innowacje będą po stępowały, ale może już nie tak szybko jak do tej pory.

 

Czyli że wzrost gospodarczy może spowolnić? - Uzależniliśmy się od szybkiego wzrostu gospodarczego. Powstaje jednak pytanie, czy wzrost gospodarczy to wynik demokracji i gospodarki rynkowej. Czy, i to by było dość przerażające, to warunek istnienia stabilnego systemu społecznego i politycznego. Innymi słowy czy bez wzrostu i rozwoju ludzie zaczęliby się zabijać? Moim zdaniem wzrost jest rezultatem kapitalizmu i demokracji, a nie warunkiem ich istnienia. Możemy więc prowadzić godne i dobre życie nawet bez wzrostu gospodarczego czyż dużo wolniejszym wzrostem.

 

Pytanie czy narody na dorobku, jak Polacy czy Czesi, nie mówiąc już o dużo biedniejszych społeczeństwach, zgodzą się na ograniczenie konsumpcji? W końcu już przez 50 lat komunizmu ją ograniczali, teraz chcą mieć samochody, płaskie telewizory... - Pamiętam taką scenę: dwadzieścia kilka lat temu dostałem od wujka butelkę coca-coli. Od razu ją otworzyłem i zacząłem pić. A wujek do mnie mówi: Co ty robisz? Jeśli jesteś spragniony, napij się wody, a colę smakuj. Teraz coca-cola to zwykły napój, który mogę pić do woli. I w tym jest cały kłopot. Życie można podzielić na rzeczy, które mamy i których nie mamy. Problem w tym, że trudno jest zaspokoić potrzeby człowieka. Jeśli chcę mieć rower i sobie go kupię, to wcale nie oznacza to, że zmniejszy się liczba rzeczy, które chcę mieć. Bo zawsze znajdzie się coś nowego. Im więcej masz, tym więcej chcesz posiadać. To tzw. pułapka hedonisty. Taka debata na temat potrzeb i ich zaspokajania mogła być równie dobrze prowadzona w starożytnej Grecji przez hedonistów i stoików. Hedoniści powiedzieliby: Jeśli popyt przewyższa podaż, to trzeba tak zwiększyć podaż, by zaspokoić potrzeby. Problem w tym, że apetyt rośnie w trakcie jedzenia. Badania socjologiczne pokazują, że z reguły ludzie chcą podwyżki o blisko 30 proc, czyli nie pragną mieć od razu ferrari, ale coś nieco lepszego. Szkoła stoików ma inne rozwiązanie. Ich zdaniem lepiej jest zmniejszyć swoje pragnienia i dostosować do tego, co już mamy.

 

Tylko że w obecnym świecie nasze pragnienia są ciągle pobudzane poprzez reklamy, internet, filmy. Niełatwo być stoikiem, gdy wszędzie czyhają pokusy, by zwiększyć konsumpcję... - Nikt nie mówi, że takie ograniczenie konsumpcji jest łatwe. Reklamy sugerują, że bez kremu będziemy pomarszczeni, że wypadną nam włosy bez szamponu. Nawet jeśli w to nie wierzymy, to wszyscy chcemy mieć lśniące włosy. Zresztą nadmierna konsumpcja to problem znany nie od dziś. Adam i Ewa mieszkali w Edenie, mieli wszystko. Ich grzech pierworodny polegał na nadmiernej konsumpcji. Zerwali jabłko z drzewa, mimo że nie byli głodni i go nie potrzebowali.

 

Jeśli nie potrafimy się sami powstrzymywać, to może potrzebne są nam zewnętrzne regulacje, by nie brać tyle kredytów, by nie konsumować bez potrzeby? - Im mniej sam potrafisz się regulować, tym więcej potrzebujesz regulacji z zewnątrz. To samo dotyczy rynków, np. finansowych. Jeśli nie są w stanie regulować się sam, to potrzebują pewnych narzuconych z góry zasad. Nie ma co liczyć, że przyjdzie jakiś polityczny mesjasz i wszystko poukłada. Dlatego ważna jest zmiana systemu w taki sposób, by mniej liczyło się to, kto rządzi i podejmuje decyzje. Przykładem może być polityka fiskalna i pieniężna. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby politycy mieli możliwość drukowania pieniędzy? Albo gdyby zarząd banku centralnego i Rada Polityki Pieniężnej były wybierane w demokratycznych wyborach? Chcę być prezesem banku centralnego i obiecuję wam więcej pieniędzy - mógłby przekonywać kandydat na prezesa. Ale to wywołałoby inflację i potężne spustoszenie w gospodarce. To dlatego politykę pieniężną wyjęliśmy ze struktur demokratycznych, Polacy czy Czesi nie wybierają sobie szefa banku centralnego, dzięki czemu ograniczono pokusę dodrukowania pieniędzy. To trochę jak we „Władcy pierścieni" Tolkiena. Pierścień był tak potężny, że wszyscy dobrzy bohaterowie - Gandalf czy Galadriela - nie chcieli go użyć, bo bali się jakie będą tego konsekwencje.

 

A co z polityką fiskalną? Przecież to z nadmiernych wydatków wynika obecny kryzys w strefie euro. - Polityka fiskalna to monopol na dodrukowanie długu. I potężna pokusa dla demokratycznie wybieranych polityków. Moim zdaniem, by uniknąć obecnych problemów w przyszłości, trzeba odsunąć od polityków pokusę nadmiernego pożyczania pieniędzy. W tym celu trzeba zmienić system w taki sposób, by politycy nie mogli wydawać pieniędzy na lewo i prawo. By w dobrych czasach musieli oszczędzać, utrzymywali nadwyżki w budżecie, które, jak radził w Starym Testamencie Józef, można by wykorzystać do łagodzenia skutków późniejszej dekoniunktury,

 

ROZMAWIAŁ LESZEK BAJ

 

 
NOWOŚCI
ZAPOWIEDZI
12-tygodniowy rok. Osiągnij w 12 tygodni więcej niż inni w 12 miesięcy - Brian P. Moran, Michael Lennington
PREMIERA 09.09.2016
 
3 Sekundy.Warto się zastanawiać - dr Les Parrrott
PREMIERA 01.10.2016
 
Zguba Michałka - Julia Hartwig
PREMIERA 01.10.2016
 


 
WYDAWNICTWOWSPółPRACA Z KSIęGARNIAMILOGOWANIE DLA PARTNERóW


11260470

 
1996 - 2016 © Wydawnictwo Studio EMKA.  Wszelkie prawa zastrzeżone.  Nota prawna  Polityka prywatności i pliki cookie