Witaj Gościu!

Zaloguj
Zarejestruj
Książki w koszyku

Twój koszyk jest pusty
STRONA GŁÓWNA O NAS JAK KUPOWAĆ KONTAKT KLUB CZYTELNIKA 0
ZNAJDŹ KSIĄŻKĘ LUB AUTORA








 



BIZNES I EKONOMIA

Tomáš Sedláček
Zmierzch Homo Economicus
Cena: 34.90 PLN
Ilość stron: 96
Oprawa: twarda
Format: 135x210
Rok wydania: 2012
ISBN: 978-83-63773-06-9
  
Kup na prezent

Kilka słów o...

Zmierzch Homo Economicus

Tomáš Sedláček & David Orrell
rozmowa z Romanem Chlupatym

Zmierzch Homo Economicus to druga, po cieszącej się sukcesami Ekonomii dobra i zła, książka Sedlacka. Stanowi ponowną próbę odnowienia wiary w ekonomię i przedstawienia jej jako nauki z ludzką twarzą. 

Latem 2011 roku w Oksfordzie Roman Chlupaty przeprowadził z Sedlackiem wywiad, który pierwotnie był przeznaczony dla radia. Wyszła z niego oryginalna i łatwa w odbiorze refleksja nad skomplikowanym problemem. Za pomocą inspirujących porównań i metafor nawiązujących do fizyki, literatury i biologii Sedlacek i Orrell wnikają do istoty systemu, skłaniając czytelników do myślenia i  proponując – nie narzucając - rozwiązania. I co więcej robią to z humorem.

Tym razem Tomas Sedlacek, członek Krajowej Rady Gospodarczej i były doradca Vaclava Havla do spraw ekonomicznych, nie zwraca się do czytelników jako autor, lecz raczej dyskutant lubiący nakłaniać do dialogu. Poprzez pytania i odpowiedzi stara się dociec istoty obecnego kryzysu finansowego, politycznego i społecznego. Jako partnera do dyskusji wybrał kanadyjskiego matematyka i ekonomistę Davida Orella, który również lubi rozbijać stary ład i rozumie, że nie uzdrowimy systemu, jeśli nie zrobimy kroku w nieznane. 



Inne książki tego autora:
Ekonomia dobra i zła.
44.90 PLN
   
Audiobook - Ekonomia dobra i zła
39.00 PLN
   
Audiobook - Zmierzch Homo Economicus
29.00 PLN
   
Fragment/Recenzja:
 


 
22.02.2013

Autorka: Danuta Sass

Świat w pułapce ekonomicznych modeli i liczb
„Czy należy oczekiwać, że kryzysy podobne do aktualnego nadal będą się pojawiały? I że ekonomia, (…) lub też matematyka, z której ekonomia korzysta, będą jedną z przyczyn?” – to pytanie, a także wiele innych dotyczących przyczyn obecnego kryzysu, zadaje Roman Chlupaty, czeski dziennikarz, wykładowca, niezależny konsultant, swoim rozmówcom –  Tomášowi Sedláčkowi i Davidovi Orrelowi.

Trzy wybitne osobowości, trzech erudytów. Nic dziwnego, że zapis ich rozmowy, podczas której nawet najtrudniejsze zagadnienia dotyczące ekonomii, fizyki, matematyki, biologii, filozofii i innych dziedzin nauki poruszane są w prosty, przystępny dla każdego i jednocześnie dowcipny sposób, to prawdziwa uczta intelektualna, ale i… rozrywka. Zawarte w książce wskazówki przydadzą się każdemu menedżerowi.

„Zmierzch homo economicus” to książka, do której przeczytania nie trzeba zachęcać – wystarczy po nią sięgnąć. To pozycja, jakiej jeszcze nie było – stanowi zapis rozmowy, która została nagrana w Oksfordzie do emisji radiowej. Rozmówcami Romana Chlupatego, wybitnego czeskiego politologa, publicysty i pisarza, są dr Tomáš Sedláček, najbardziej popularny czeski ekonomista, były doradca ds. ekonomii prezydenta Vá aclava Havla, główny strateg makroekonomiczny banku CSOB, członek Narodowej Gospodarczej Rady Rządu, i David Orrel kanadyjski matematyk, publicysta, pisarz (m.in. książka „Economyghs”, która została przetłumaczone na sześć języków).
Każdy z nich jest odważnym wizjonerem, który nie boi się krytykować starego porządku, opartego często na nieprawidłowych modelach, liczbach, konieczności wzrostu. Posługując się licznymi metaforami, paralelami, a nawet mitami czy anegdotami, zachęcają do innego spojrzenia na świat i wyciągania wniosków na przyszłość, w tym dotyczących wyjścia z kryzysu i uniknięcia następnych.
A dlaczego winne są modele, ekonomia czy liczby? Choćby dlatego, że „twarde” zabija „miękkie” i jak mówi Tomáš Sedláček: „Zbyt dużo dokładności może nas oślepić równie skutecznie, jak zbyt wiele niedookreśleń”.
   


 
21.02.2013

Gazeta Giełdy "Parkiet"

O wielu książkach można powiedzieć, że byłyby znacznie krótsze, gdyby nie były takie krótkie – pisał w przedmowie do „Krytyki czystego rozumu" Immanuel Kant. Z pewnością dotyczy to „Zmierzchu Homo Economicus", zapisu rozmowy czeskiego dziennikarza Romana Chlupatego z Tomasem Sedlackiem i Davidem Orrellem.

Rozmowa zajmuje 94 strony, a i to wyłącznie dzięki bardzo nieoszczędnemu gospodarowaniu papierem. Przy takiej objętości książki i naturze problemów, jakie są w niej poruszane, czytelnik zostaje z większą ilością pytań niż odpowiedzi. Po te drugie trzeba sięgnąć do pełnowymiarowych książek Sedlacka i Orrella, czyli „Ekonomii dobra i zła" oraz „Economyths". Choć i to poszukiwaczy pewników może rozczarować.

Bo tym, co Sedlacka i Orrella łączy, jest niechęć do arogancji ekonomistów, czyli ich mniemania, że są w stanie prognozować zjawiska gospodarcze i formułować jednoznaczne zalecenia. U źródeł tej arogancji, twierdzą rozmówcy Chlupatego, leżą błędne założenia, na których opiera się głównonurtowa ekonomia. Jednym z nich jest to, że ludzie są racjonalni, czyli zawsze dokonują wyborów w oparciu o rachunek korzyści i strat. To właśnie tytułowy mit homo economicus. Oparte na nim i innych uproszczeniach matematyczne modele ekonomiczne są nie tylko bezużyteczne, ale wręcz niebezpieczne. Choć niczego nie są w stanie przewidzieć, dają uczestnikom rynków fałszywe poczucie pewności, które skłania ich do nadmiernego ryzyka. To nie oznacza, że ekonomiści powinni się wyrzec matematycznych narzędzi. Przeciwnie, powinni nawet sięgnąć po nowe, stosowane w meteorologii czy biologii. Muszą jednak zrozumieć, jakie są ich ograniczenia. Ich wątpliwości paradoksalnie mogą sprawić, że pewniejsza – bardziej stabilna – będzie gospodarka.


 
23.01.2013r

Obserwator Finansowy
Krzysztof Nędzyński

W selekcjonowaniu książek wartych przeczytania odkryłem całkiem skuteczną heurystykę: książki które powstały szybko są płytkie. „Zmierzch homo economicus” to owoc kilkugodzinnego wywiadu - rzeki. Zły znak.

Znany z „Ekonomii dobra i zła” Tomas Sedlacek jest jednak tak ciekawą postacią, że nawet lektura tak małej formy nie zostawia niedosytu. To samo można powiedzieć o drugim rozmówcy czeskiego dziennikarza Romana Chlupatego, który przeprowadził wywiad. David Orrell, kanadyjski matematyk i pisarz uzupełnia filozoficzne rozważania Sedlacka doświadczeniem naukowca, który zjadł zęby na modelowaniu złożonych procesów, m.in. atmosferycznych.

Na niespełna 100 stronach „Zmierzchu” jest więcej świeżych i ważnych myśli niż niejednej książce.

Sedlacek twierdzi, że ekonomia jest taką samą wiarą, jak każda inna. Ma przez to na myśli, że nie ma wiedzy obiektywnej, pewnej, neutralnej. Dana gałąź wiedzy zawsze jest zbudowana na pewnych założeniach. W ekonomii bardzo często zakłada się, że ludzie są racjonalni a przyszłość gospodarki da się przedstawić matematycznym wzorem.

Problem polega, zdaniem Sedlacka, na tym, że ludzie nie mają świadomości istnienia tych założeń. Patrzą na świat przez pryzmat pewnych pojęć i bezkrytycznie przyjmują wnioski, które z nich wypływają. Na przykład, że PKB jest najważniejszą miarą dobrobytu i dlatego należy dążyć do jego maksymalizacji. Wzrost osiągnięty jednak kosztem zadłużenia nie musi być żadnym powodem do radości.

W tym sensie możliwe jest, że człowiek współczesny, a zwłaszcza ekonomista współczesny żyje w większej ciemności niż ludzie w średniowieczu. „Oni swojej wiary byli świadomi, przyznawali się do niej, co niedziela powtarzali, że wierzą w Boga, Stworzyciela nieba i ziemi. My nie potrafimy się do czegoś podobnego przyznać. My wierzymy, że nie wierzymy. A przy tym wierzymy znacznie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – wierzymy w o wiele więcej rzeczy. A wiara, kiedy prezentuje się jako prawda, jest niebezpieczna.

Warto zwrócić uwagę, że taki jest cel każdej ideologii, udawać, że jej nie ma, że nie istnieje, że jest w jakiś sposób naturalna. To właśnie musimy zmienić. Bo nasza wiara w ekonomię jest w tej chwili silna, nieuznana, nieuświadomiona – i właśnie dlatego błędna.”

Sedlacek i Orrell nie uchylają się od odpowiedzi na pytanie dlaczego powyższy model uprawiania ekonomii dalej trzyma się mocno, mimo teoretycznej słabości i faktycznej kompromitacji w postaci kryzysu. Problem, ich zdaniem, nie ma charakteru naukowego. Ma charakter polityczny.

To pieniądz kręci światem, a mainstreamowa ekonomia daje legitymizację dla dzisiejszego porządku społecznego. Uzasadnia dlaczego jest w porządku na przykład to, że menadżer funduszu hedgingowego może zarobić miliard rocznie, a miliardy ludzi żyją za mniej niż dolara dziennie.

W tym świetle można zrozumieć, że szczyt piramidy socjoekonomicznej nie jest zainteresowany zmienianiem czegokolwiek we współczesnej ekonomii. Podręczniki ekonomii całkowitym milczeniem pomijają kluczowe zagadnienia władzy w społeczeństwie. Zakładają że istnieje wolna konkurencja, każdy ma taką samą szansę, aby odnieść sukces, mimo iż w oczywisty sposób jest to nieprawda.

Orell opowiada jak na czołowych uniwersytetach „strażnicy istniejącego porządku”, m.in. wielkie instytucje finansowe starają się jak najszybciej przeciągnąć najlepszych studentów „na swoją stronę” oferując bardzo dobre pieniądze w zamian za lojalność. Nie muszą się wówczas martwić, iż ci znajdą luki w głównym nurcie ekonomii.

Orrell ze smutkiem zauważa, że kryzys nic w tej sprawie nie zmienił. Takie jest też zdanie Sedlacka, który uważa, że kryzys uświadomił ludziom pewne fakty, ale ból nie jest wystarczająco silny, żeby wymusić korektę zachowań.

Książka z pewnością jest warta przeczytania, zwłaszcza dla ekonomistów głównego nurtu.


 
07.01.2013r.

Przekrój

wywiad z Tomášem Sedláčkiem
autor: Grzegorz Siemionczyk


Niewidzialna ręka rynku" jest równie bezsensownym terminem, co „wojownicze żółwie ninja" – przekonuje w wywiadzie z „Przekrojem" Tomáš Sedláček i obala mit o wszechwiedzy ekonomistów
.
O ile zmieni się produkt krajowy brutto strefy euro w przyszłym roku?
Nie mam pojęcia! Skąd do...
Proszę się nie tłumaczyć, żartowałem.
(Śmiech) Złapał mnie pan. Punkt dla pana.
Chciałbym jednak pana ostrzec, że podważając zdolności prognostyczne ekonomistów, robi pan wszystko, żeby stracić pracę.
Na razie wciąż ją mam.
Ale podważa pan jej sens...
W pewnym sensie tak.
Co pana mierzi we współczesnej ekonomii?
Uważam, że podstawowe metody badawcze stosowane w ekonomii, tzn. matematyczne modele, oparte m.in. na wątpliwych hipotezach efektywnego rynku i racjonalnego homo oeconomicus, oraz formułowane na ich podstawie prognozy są w pewnym zakresie pożyteczne, ale też trochę mylące. Problem w tym, że nie wiemy, gdzie leży granica. A to dość ważne, żeby ją znaleźć. Dążenie do precyzji w prognozach nie jest bowiem tylko niewinną zabawą, może być niebezpieczne. Stwarza bowiem iluzję pewności, bezpieczeństwa.
Na pierwszy rzut oka ekonomiści rozmawiają o konkretnych prawach, które dają się ująć w matematyczne formuły, a faktycznie prowadzą chaotyczną debatę etyczną, przypisując liczbom boską moc.
Zgadza się pan z Paulem Krugmanem, który kilka lat temu powiedział, że większa część badań makroekonomicznych z minionych 30 lat była w najlepszym przypadku bezużyteczna, a w najgorszym wprost szkodliwa?
Mam podobne zdanie. Różnica jest może taka, że moje przekonania nie mają korzeni w ostatnim kryzysie finansowym, jak może się wydawać czytelnikom mojej „Ekonomii dobra i zła". Pracowałem nad nią przez około 10 lat.
Dlaczego traktuje pan ekonomię głównego nurtu jako samo zło?
Z ekonomią jest tak, jak z każdą inną wiarą. Niektórzy jej ważni przedstawiciele mogą być krytyczni, ale cały organizm działa tak jak wcześniej, wykazuje inercję. Od setek lat wiemy, że świat jest heliocentryczny, ale nadal myślimy tak, jakby był geocentryczny. Mówimy na przykład, że słońce wschodzi lub zachodzi. A przecież to Ziemia wschodzi i zachodzi!
Ekonomia jest wiarą, a nie twardą nauką?
Wystarczy zauważyć, w jakim trójkącie pojęciowym ekonomia się porusza. Na jego biegunach mamy trzy mity: niewidzialną rękę rynku – cóż bardziej mistycznego można wymyślić?! – zwierzęce instynkty oraz homo oeconomicus. To wszystko, jeśli spojrzeć krytycznie, brzmi gorzej niż „abrakadabra" czy dziecięce „gu-gu ga-ga". „Niewidzialna ręka rynku" jest równie bezsensownym terminem, co „wojownicze żółwie ninja". Trzy losowo wybrane słowa miałyby pewnie więcej sensu. Ale tego terminu używa się tak często, że zaczęto go traktować, jakby był terminem naukowym. Dzięki trzem pojęciom, które wymieniłem, ekonomista potrafi wyjaśnić wszystko. A przecież te pojęcia są puste.
Wystarczy popatrzeć na listę ekonomicznych bestsellerów z ostatnich lat, żeby dojść do wniosku, że podejście do ekonomii, które pan krytykuje, staje się powoli niszowe. Nie wyważa pan otwartych drzwi?
To prawda, że najpopularniejsze dziś książki ekonomiczne traktują o tym, że ludzie nie są racjonalni, że gospodarką sterują nieprzewidywalne zwierzęce instynkty, że rynki zawodzą, że wielu kluczowych zjawisk prognozować się nie da itd. Jeszcze dekadę temu to byłyby książki alternatywne. Dziś te idee z marginesów trafiają pod strzechy. Ale zmiany w ekonomii wcale nie są szybkie. Na przykład ekonomia behawioralna jest popularnym nurtem już od dawna. Dzięki niej dobrze wiemy, że model homo oeconomicus jest fałszywy. Ale nadal jest wpajany studentom ekonomii.
A ci, którzy ten model odrzucają i twierdzą, iż ludźmi i w efekcie gospodarkami sterują raczej zwierzęce instynkty, zarazem najbardziej wierzą w moc ekonomii. Termin „zwierzęce instynkty" ukuł Keynes, którego współcześni zwolennicy uważają, że gospodarką da się zarządzać.
Tak, to paradoks, ale ekonomia jest ich pełna. Byłem niedawno w Düsseldorfie, gdzie rozmawiałem z zarządzającymi funduszami inwestycyjnymi. Mówiłem o tym, że ludzie nie są racjonalni, że wcale nie dążą do maksymalizacji użyteczności. Wszyscy kiwali głowami, że owszem, gospodarką i rynkami rządzą zwierzęce instynkty. Spytałem ich, jak wobec tego mogą taką ekonomiczną rzeczywistość modelować, jak mogą ją przewidywać?
„Niewidzialna ręka rynku" jest równie bezsensownym terminem, co „wojownicze żółwie ninja" – przekonuje w wywiadzie z „Przekrojem" Tomáš Sedláček i obala mit o wszechwiedzy ekonomistów.
Ekonomiści boją się po prostu powiedzieć, że czegoś nie wiedzą. Dlatego z pełną powagą potrafią tłumaczyć, że kryzys skończy się wtedy, kiedy się skończy.
Inny paradoks: analityk rynkowy powie na przykład, że cena złota wzrośnie. To oznacza, że w momencie tej wypowiedzi jest za niska, czyli że prawdziwa wartość złota jest inna niż ta, którą ustalił rynek. Analityk sugeruje więc z jednej strony, że ma wgląd w prawdziwą wartość złota, przypuszczalnie dzięki modelowi, a z drugiej – że rynek się myli. Ale w takim układzie rynek zawsze się myli, bo przecież złoto jest, zdaniem analityków, ciągle przewartościowane lub niedowartościowane. Czyli analitycy jednocześnie podważają racjonalność rynków i w nią wierzą, bo inaczej nie sililiby się przecież na prognozy.
A może ekonomiści wiedzą, tak jak pan, że prognozy nie mają sensu, ale są po prostu dostawcami usługi, na którą jest nieustanny popyt?
To prawdopodobne. Nie wierzę, że można na poważnie formułować prognozy dotyczące stopy wzrostu PKB z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku, skoro nawet historyczne dane na ten temat są nieprecyzyjne, są ustawicznie rewidowane. Zresztą ekonomiści powszechnie przyznają, że nie potrafią prognozować, ale są w tym niekonsekwentni. Gdy pyta się ich o przyszłoroczne tempo wzrostu PKB, na ogół odpowiadają coś w stylu: „Proszę nie żartować. Skąd niby mam to wiedzieć? Nie da się przewidywać przyszłości. Ale biorąc pod uwagę rozwój sytuacji na rynkach finansowych, presję inflacyjną i elastyczność cenową popytu, sądzę, że będzie to 1,6 proc.". Nawet raporty analityczne kończą się ostrzeżeniem, choć zakamuflowanym w prawniczym żargonie, aby nie traktować zawartych w nich prognoz poważnie. Ekonomiści boją się po prostu powiedzieć, że czegoś nie wiedzą. Dlatego z pełną powagą potrafią tłumaczyć, że kryzys skończy się wtedy, gdy się skończy. Bo do tego sprowadza się wyliczanie, że kryzys w strefie euro skończy się, gdy poprawi się koniunktura w Niemczech, ta zaś zależy od tego, co dzieje się w Chinach i USA itd.
Rynki są nie tylko schizofreniczne. One zachowują się wręcz maniakalno-depresyjnie. Dobre nastroje inwestorów przeradzają się w manie, a złe w finansowe krachy.
Prognozy to wdzięczny obiekt krytyki, bo najczęściej są chybione. Ale pan oskarża ekonomistów o fiksację na punkcie liczb, nawet gdy nie wybiegają one w przyszłość. A przecież ta sytuacja ma wiele pozytywów. Na przykład dzięki liczbom społeczeństwo może rozliczać władze z tego, czy wypełniają swoje funkcje. Co się stanie, jeśli ekonomiści stwierdzą – a takie głosy już są – że inflacji i deficytu nie da się sensownie mierzyć, że to są teoretyczne konstrukty, niewiele mówiące o rzeczywistości?
Myślę, że przecenia pan znaczenie danych ekonomicznych dla zwykłych ludzi. Liczby niczego nie rozjaśniają. Same, bez kontekstu, nie mają bowiem znaczenia. Jeśli ekonomista panu powie, że roczna inflacja wyniosła 0,9 proc., to zapewne spyta pan następnie, czy to dobrze, czy źle, i jakąś odpowiedź uzyska. Zna pan książkę „Autostopem przez galaktykę"? Traktuje ona o tym, że ludzie mają już dość filozofii, etyki, wartościowania, subiektywnych sądów itd. Chcieliby uzyskać wreszcie klarowną, obiektywną odpowiedź na temat sensu życia i świata. Budują więc komputer, który ma dojść do naukowej odpowiedzi na pytania ostateczne. Maszyna potrzebuje na to setek lat, ale w końcu jej udziela. Definitywna, niepodważalna odpowiedź brzmi: 42. Jednoznaczna, ale przecież nie klarowna! Ale z jakichś powodów ludzie domagają się tego typu odpowiedzi.
Dlaczego, skoro liczby niczego definitywnie nie rozjaśniają?
To, co wyrażone liczbą, ujęte w symbole matematyczne, wydaje się pewniejsze, bardziej prawdziwe niż to, co ujęte w słowa. Mamy głęboko wpojone przekonanie, że świat jest matematyczny, że da się go matematycznie opisać. Myśląc o prawdzie, myślimy o jakimś niebiańskim równaniu opisującym zachowanie ciał niebieskich, rynków i wszystkiego innego. Nawet człowieka można matematycznie opisać, podając wzrost, wagę, numerycznie określając kolor włosów, barwę głosu itd., ale to przecież nie oddaje jego istoty. W tym wypadku to oczywiste, ale w innych sferach już nie. Wracając na grunt ekonomii, nawet za prostym wskaźnikiem inflacyjnym kryje się cały kontekst: że jest on obliczany dla pewnego regionu, w taki a nie inny sposób, w oparciu o pewne założenia. To, że otrzymujemy liczbę, sprawia, że cały ten kontekst gdzieś się gubi, tracimy go z oczu.

całość wywiadu dostępna na http://www.przekroj.pl/artykul/966733.html?p=1


 
25.12.2012

„Kultura Liberalna” nr 207 (52/2012) z 25 grudnia 2012 r.

Gawędy o ekonomii i kryzysie. O książce Tomáša Sedláčka i Davida Orrella „Zmierzch Homo Economicus. Rozmowa z Romanem Chlupatým”

Trudno doprawdy zrecenzować książkę mówiącą tyle ważnych rzeczy, ale w tak powierzchowny, momentami trywialny sposób. Krytykować czy chwalić? Może najlepiej najpierw opisać. „Zmierzch Homo Economicus” to zapis wywiadu (chciałoby się powiedzieć wywiadu-rzeki, ale to niestety raczej strumyk) albo przyjacielskiej rozmowy, jaką czeski dziennikarz Roman Chlupatý odbył w Oksfordzie z celebrytami ekonomicznej humanistyki – Czechem, Tomášem Sedláčkiem, i Kanadyjczykiem, Davidem Orrellem. Panowie gawędzą o kryzysie finansowym, a szerzej o współczesnym kryzysie ekonomii w ogóle. To ten drugi wątek jest zdecydowanie ciekawszy, bo tylko tam – na kanwie swoich wcześniejszych prac („Ekonomii dobra i zła” Sedláčka i „Economyths” Orrella) – rozmówcy przędą barwne makatki ekonomicznej alternatywy.

Orrell stara się dowieść, że stosunek społeczeństw zachodnich do ekonomii oparty jest na wierze w ekonometrię – a wiara siłą rzeczy zbudowana jest na mitach. Jednym z owych mitów jest będący bohaterem ekonomicznych modeli i teorii, doskonale racjonalny i działający indywidualnie homo economicus, którego koniec wieszczy tytuł książki. Sedláček pyta, na jakiej podstawie klasycy ekonomii przyjęli, że ludzie są nie tylko racjonalni, ale i wolni – aksjomat będący w oczywistej sprzeczności z rzeczywistością każdej epoki, poza liberalną utopią przyszłości. Na micie oparte jest też założenie – czy wręcz obsesja – wzrostu jako absolutnego celu polityki gospodarczej. Sedláček wyśmiewa założenie naturalności wzrostu, twierdzi jednak, że obecny kryzys jest wciąż zbyt łagodny, by podważyć te mity, czyli aksjomaty ekonomicznego myślenia. „Jeżeli trochę zaboli cię ząb, poradzisz sobie po swojemu. Wypijesz kieliszek śliwowicy albo weźmiesz pigułkę i będzie ci lepiej. Tylko kiedy ból jest naprawdę nie do wytrzymania, idziesz do lekarza” – w swoim barwnym, choć czasem ocierającym się o efekciarstwo stylu odpowiada Chlupatemu, którego moderowanie tej rozmowy ogranicza się raczej do zapętlania wątków i utrzymywania miłej atmosfery.

Ale są tu też myśli naprawdę ważne – choć bynajmniej nie nowe. Podkreślanie, że klasyczna ekonomia brała za stan idealny równowagę, podczas gdy teoretycznie nawiązujące do niej pomysły polityczne po II wojnie światowej biją pokłony wzrostowi, jest słuszne i odkrywcze w swej prostocie. Niejako konsekwencją tej obserwacji jest potępienie fetyszu PKB jako wskaźnika, który więcej maskuje niż pokazuje. Za, także nie nową, krytyką PKB –przynajmniej ze strony Orrella – kryje się jednak głębszy sens. W pewnym momencie rozmowa schodzi na rewizję całej epistemologii ekonomii, a pośrednio wręcz całego pozytywistycznego paradygmatu zbudowanego na racjonalności i kulcie liczb.

Odwołując się do historii Kaina i Abla, który według niego ilustruje zwycięstwo „twardego” – tego, co materialne lub policzalne – nad „miękkim”, czyli moralnością, estetyką, nieobliczalnym, Sedláček inicjuje krytykę modeli matematycznych rządzących ekonomią. Obaj paneliści wskazują na kompletny brak umiejętności prognozowania czegokolwiek dotyczącego makroekonomii – już prognozy pogody mają większą skuteczność. Raporty i analizy podbudowują jednak iluzję pewności „w środowisku absolutnie zasadniczej niepewności”. Przyznanie się do niewiedzy, dowodzi Sedláček, ilustrując to stosowną metaforą, byłoby znacznie korzystniejsze dla światowej gospodarki – w ciemności lepiej chodzić na czworakach po omacku, niż podążać za kolejnymi „ekspertami”, którzy każą biec w jakimś kierunku, skutkiem czego wszyscy boleśnie zderzają się ze ścianą.

To wszystko prowadzi do krytyki matematyki – a raczej jej wersji używanej w mainstreamowej ekonomii. Według Orrella, jeśli przyjrzeć się z bliska kluczowym wskaźnikom, choćby PKB, „pod mikroskopem”, okaże się, że jedynie „udają matematykę”. Nie tylko dlatego, że nie włączają w rachunek, w obręb systemu ekonomii pewnych elementów rzeczywistości (kontekst społeczny, środowisko naturalne). Także dlatego, że quasi-religijna wiara oraz niewypowiedziane preferencje estetyczne rządzą modelami, na których wskaźniki typu PKB są oparte. Zderzenie ekonomii z estetyką jest też myślą, którą podrzuca Sedláček, kontynuując niejako wywód swojej poprzedniej książki, gdzie starał się zestawić ją z etyką.

Książkę czyta się oczywiście miło – i szybko (ma bowiem osiemdziesiąt stron zasadniczego tekstu, dużą czcionką). Jej największą zaletą jest postawienie ważnych, kluczowych wręcz pytań o ekonomiczne alternatywy i wypowiedzenie ich w języku niemającym nic wspólnego z marksowską tradycją lewicy. W całej książce ani razu nie pada słowo „kapitalizm”. Orrell i Sedláček są niejako dysydentami tradycyjnej ekonomii – wychowani, ukształtowani i wyniesieni na piedestał w jej tradycji, krytykują jej obecny stan i fałszywe założenia. Z jakich pozycji? Ogólnikowo humanistycznych – ciekawych i często nawet inspirujących, ale zatrważająco niekonkretnych. Jak zauważył w krótkiej pogawędce o „Zmierzchu Homo Economicus” nasz redaktor naczelny (cóż, jeśli Orrell i Sedláček mogą publikować swoje pogawędki, to czemu my nie mielibyśmy tego robić), jedyne, czego brakuje tej książce, to dołączonego do niej kufla piwa. Ot, miło przysiąść się do stołu w gospodzie i posłuchać, jak dwóch elokwentnych stałych bywalców deliberuje o tym i owym.

Biorąc to pod uwagę, a także przyjmując pojawiającą się w książce tezę o nieprzystawalności niektórych liczb do rzeczywistości, trzeba na koniec powiedzieć, że 34,90 zł to liczba absolutnie niepasująca do przedmiotu, który opisuje. Ta książka, aby spełnić swoją rolę – otwierania oczu na alternatywne myślenie i zasiewania ziaren krytyki systemu – powinna być raczej e-bookiem, najlepiej upublicznionym dla wszystkich za darmo. Apeluję do wydawcy o szeroko dostępną wersję elektroniczną. Choć może paradoksalnie to właśnie ci, którzy są w stanie i skorzy owe trzydzieści parę złotych zapłacić, są adresatami tej wybitnie nie-rewolucyjnej a dysydenckiej książki?

Poleca się też na prezent gwiazdkowy dla doradców kredytowych, analityków finansowych i maklerów – jeśli oni będą kiedyś prowadzić takie rozmowy przy piwie, będziemy uratowani.

Książka:

Tomáš Sedláček, David Orrella, „Zmierzch Homo Economicus. Rozmowa z Romanem Chlupatým”, przeł. Anna Dorota Kamińska, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2012.

* Kacper Szulecki, politolog i socjolog, doktor nauk społecznych, obecnie Dahrendorf Fellow w berlińskiej Hertie School of Governance i gość Niemieckiego Instytutu Badań Ekonomicznych (DIW). Członek redakcji „Kultury Liberalnej”. 


 
11.12.2012

Tygodnik "Solidarność"
Autor: Jerzy Kłosiński

Kruszą się liberalne dogmaty

Za sprawą odeszłego z rządu dopiero co wicepremiera Pawlaka stalą się stawna książeczka „Zmierzch homo economicus" - rozmowa czeskiego dziennikarza w londyńskiej City z ekonomistą Tomaśem Sedlaćkiem i matematykiem Davidem Orrellem. Myśli w niej zawarte nie są może zbyt odkrywcze, szczególnie gdy ktoś czyta „Tygodnik Solidarność", ale jest ciekawe, że liberalny dotąd wicepremier po odejściu z rządu zaczął zachwycać się alternatywnymi teoriami ekonomicznymi. Jedną z istot tej alternatywności jest obalenie dogmatu, że wzrost PKB świadczy o tym, że gospodarka się rozwija, z czego wszyscy korzystają. David Orrell mówi wprost, że mimo iż w USA od lat 60. PKB się potroił, to nic z tego nie wynika dla zwykłego człowieka. „Trzeba bowiem patrzeć na dystrybucję tego nowego bogactwa. A wtedy okazuje się, że średnia pensja w Ameryce nie zmieniła się od lat siedemdziesiątych. Czyli na wzroście gospodarki zyskuje tylko nieliczna grupa bardzo bogatych ludzi (...). Innymi słowy, wyraźnie rosną nierówności". Skąd my to dobrze znamy, wanym Balcerowiczem i całą tą stajnią mainstreamowych ekonomistów. A przecież te poglądy zaprezentowane w książce płyną z środka londyńskiego City i podważają status quo, gdy się czyta taką opinię: „Mainstreamowa teoria ekonomiczna - mówi Sedlaćek - wychodzi z założenia, że cena, którą określił wolny rynek, jest właściwa. A teraz pomyśl, że szefowie wielkich firm dostają pięćset razy wyższe niż średnie wynagrodzenie. Kiedyś otrzymywali trzydzieści razy więcej. A to jest przecież ogromna zmiana! Jednak według teorii to jest w porządku. Wyłącznie dlatego, że tak ustalił rynek. A on ma zawsze rację". W książeczce „Zmierch homo economicus" znajdziemy jeszcze kilka równie słusznych myśli, których nie powstydziłby się zdrowy rozsądek, ale najciekawsze właśnie jest to, że czytając te rozmowy, widzimy jak może kruszą się okopy liberalnych dogmatów wiary.

Jerzy Kłosiński



 
30.11.2012

DZIENNIK GAZETA PRAWNA (MAGAZYN)
Autor: RAFAŁ WOŚ

Ekonomia to niebezpieczna religia

Gdyby ekonomia była tylko taką wiarą jak wszystkie pozostałe, nie byłoby problemu. Ale ona chce więcej. Domaga się wyłączności na rozumienie świata. Twierdzi, że na podstawie liczb może przewidzieć przyszłość - mówi Tomasz Sedlaczek.

Rafał Woś: "Ten kryzys nie był dość głęboki. Musimy pocierpieć bardziej, żeby coś się wreszcie zmieniło" - kto to napisał?

Tomasz Sedlaczek: Ja.

Postradał pan zmysły?

- Oczywiście należy współczuć ludziom, którzy cierpią z powodu kryzysu. Ale generalnie uważam - podobnie zresztą jak słynny psycholog Carl Gustav Jung - że rozwój jest możliwy tylko poprzez kryzys i cierpienie. Nie tak głębokie, by zabić. Ale jednocześnie odpowiednio dolegliwe, aby wymusić zmiany. Wyobraźmy sobie, że boli nas ząb. Dopóki ból nie jest bardzo dolegliwy, radzimy sobie z nim po swojemu. Odkładamy kurację do jutra w nadziei, że przejdzie. No, może pijemy kieliszeczek żubrówki albo bierzemy jakąś pastylkę. Tylko kiedy ból się nasila, idziemy do lekarza. I to natychmiast. I dopiero wtedy problem zostaje rzeczywiście rozwiązany. Czegoś takiego trzeba nam w gospodarce. Musi zaboleć nas do tego stopnia, byśmy przestali wierzyć, że jakoś to będzie, a wszystko samo wróci do normy.

Piękna metafora. Ale co konkretnie idzie za postulatem wysłania światowych gospodarek do lekarza? Na czym ich kuracja miałaby polegać?

- Na początek światowa ekonomia musi przejść przez proces głębokiej pokuty. Musimy zdać sobie sprawę, że coś poszło nie tak. Nawet jeśli nie wiemy dokładnie, co z tego wyniknie. Początki tego procesu już widać. Głównym tematem tegorocznego Forum Ekonomicznego w Davos były przecież wielka transformacja zachodniej ekonomii oraz poszukiwanie nowych modeli do opisu rzeczywistości. Pięć lat temu nie było nawet o tym mowy. Nawet jeśli ktoś krytykował wówczas ekonomistów za ich pretendowanie do nieomylnego przewidywania trendów, fetyszyzację liczb czy wzrostu gospodarczego, to jego głos i tak był całkowicie ignorowany. Teraz większość branży przynajmniej przyznaje się do tego, że wielu rzeczy dziejących się w gospodarce po prostu nie rozumiemy. To już coś.

Faktycznie, teraz w dobrym tonie jest, by ekonomiści głośno bili się w piersi i krzyczeli: "Mea culpa!". Tylko czy coś z tego wynika?

- Przed kryzysem było tak, że wszyscy siedzieliśmy w jaskini. W takiej pieczarze jest, jak wiadomo, kompletnie ciemno. Wtedy kilku gości - ekonomistów właśnie - krzyknęło: "Wiemy, jak się stąd wydostać! Kto ma odrobinę oleju w głowie, powinien pójść za nami". No i tłum ruszył, z całym impetem wpakowując się na zimną, twardą ścianę. Teraz jest przynajmniej szansa, że nauczeni tamtym bolesnym doświadczeniem zaczniemy zachowywać się stosownie do sytuacji. To znaczy: jeśli jesteś w ciemnej jaskini, to zejdź na kolana i spokojnie, metodycznie posuwaj się naprzód. Wtedy nie zranisz ani siebie, ani innych.

No dobrze, piętnowanie arogancji ekonomistów głównego nurtu to jedna rzecz. To wyszło panu w "Ekonomii dobra i zła" rzeczywiście świetnie. Ale czy widzi pan, żeby z tego aktu rebelii wyłaniała się jakaś nowa atrakcyjna idea? Coś na miarę pomysłów Keynesa, które wyprowadziły zachodni świat z kryzysu lat 30.?

- Świetnie, że przywołuje pan Keynesa. Przed nim ekonomia opierała się na wierze w boskość wolnego rynku. I to dopiero Keynes wprowadził do powszechnego obiegu wiele argumentów, dlaczego nie powinniśmy tak bardzo się do tego założenia przywiązywać. On sam był również bardzo sceptyczny wobec fetyszyzowania ekonomii, traktowania jej jak Boga. Sam pisał, że ufając jej zbyt mocno, podkopujemy fundamenty całej naszej cywilizacji. Przestrzegał, że rynki nie mają automatycznej zdolności do powracania do stanu równowagi, nie potrafią idealnie alokować dostępnych zasobów. Prowadząc taką defetyszyzację ekonomii, Keynes wykonał kawał dobrej roboty. Z każdą wiarą religijną jest przecież tak, że nie porzucamy jej sami z siebie. By zacząć szukać czegoś nowego, musimy najpierw zacząć wątpić w wyznawany wcześniej system.

Czy naprawdę uważa pan, że ekonomia, te wszystkie dyskusje o deficycie, stopach procentowych i wpływie podatków na wzrost gospodarczy, to nic innego jak system wierzeń?

- Ekonomia to być może najbardziej wpływowa ze wszystkich religii. Ma nawet kilka dogmatów. Jednym z nich jest ubóstwienie liczb. Wszystko, czego nie można wyrazić w liczbach, przegrywa, zanim jeszcze wejdzie do gry. Weźmy choćby reklamę w przestrzeni publicznej. Z jednej strony, mamy miękkie, niematerialne uczucie, że zaśmiecanie przez nią krajobrazu jest dla każdego z nas jakąś duchową stratą. Problem z tym, że nie potrafimy tego wyliczyć, bo widok nie ma metki z ceną. Z drugiej strony, reklama to policzalny zysk. I która z tych wartości częściej wygrywa? Oczywiście to, co twarde i policzalne. Gdyby ekonomia była tylko taką wiarą jak wszystkie pozostałe, nie byłoby problemu. Ale ona chce więcej. Domaga się monopolu, wyłączności na rozumienie współczesnego świata. Twierdzi, że na podstawie liczb może przewidzieć przyszłość. Jest jak najgorszy lekarz, jakiego możesz spotkać na swojej drodze. Bo on nawet nie wie, że... nie wie. I próbuje cię leczyć, będąc przekonanym o swojej fachowości. Ale kompletnie partoli sprawę. Chciałby pan trafić do takiego lekarza? Bo ja nie! Wolałbym raczej takiego, który jak nie wie, to dzwoni do innego specjalisty. Tego samego wymagam od ekonomistów. Żeby nie uzurpowali sobie prawa do wiedzy absolutnej.

Ekonomia ma jednak swoje prawa, dowody, modele. Jako bankowiec sam pan pewnie korzysta z nich na co dzień.

- Wolałbym, żeby ekonomiści przestali się wciąż zasłaniać tymi matematycznymi równaniami, prawami oraz modelami. I poradzili się czasem filozofów albo socjologów. Tu nie chodzi o każdego ekonomistę z osobna. Kiedy rozmawiasz z ludźmi z OECD albo Banku Światowego, często sami podają swoje prognozy w wątpliwość. A jednak ich naszpikowane liczbami prace są przez system przyjmowane jak prawda objawiona. Działa to w ten sposób. Ekonomista, budując model, wprowadza kilka upraszczających założeń. Na przykład o tym, że człowiek to istota racjonalna dążąca do maksymalizacji swojej użyteczności. Powtarzam, jest to uproszczenie służące temu, by łatwiej było pewne rzeczy przeanalizować. Podobnie robią zresztą wszyscy naukowcy. Fizyk, chcąc obliczyć prędkość spadania jakiegoś przedmiotu, zakłada na potrzeby eksperymentu, że opór powietrza nie istnieje. Wyobraźmy sobie teraz, że obaj panowie - fizyk oraz ekonomista - idą po pracy do pubu na piwo. I ekonomista nagle ogłasza: "Człowiek jest istotą racjonalną, jest homo economicusem!". Z formuły "załóżmy, że człowiek jest racjonalny" wyszło w jednej chwili "człowiek jest racjonalny". Z założenia wyszła pewność. Gdyby fizyk ogłosił, że opór powietrza nie istnieje, natychmiast zostałby wyśmiany. Słowa ekonomisty twierdzącego, że człowiek jest racjonalny, wszyscy biorą za dobrą monetę. Obłęd. Gdy pracowałem w ministerstwie finansów, nie miałem problemu z używaniem modeli matematycznych. Ale nikt nigdy nie przekonał mnie, że ludzki umysł funkcjonuje według matematycznych reguł. Z takim twierdzeniem absolutnie się nie zgadzam. Więcej. Wolę, jak ktoś robi politykę ekonomiczną, dopuszczając, że nie wie, jakie będą ostateczne konsekwencje. Wtedy tworzy po drodze wiele zabezpieczeń. Gdy jest pewny swego i się pomyli, może sobie złamać kark.

Pańskich argumentów słucha się świetnie. Ale jest z nimi pewien problem. Łatwo panu, wziętemu ekonomiście na dobrej bankowej pensji, szydzić z własnej profesji. Mówić, że 0,1 proc. spadku w kwartalnym rozliczeniu PKB nie ma żadnego znaczenia praktycznego, bo to nic innego jak fetysz. Ale proszę powiedzieć to tym wszystkim ludziom, których praca lub bezpieczeństwo socjalne faktycznie zależy od tych cholernych liczb.

cały wywiad dostępny w Gazecie Prawnej (Magazyn) 30.11.2012


 
17.11.2012

Edwin Bendyk
http://bendyk.blog.polityka.pl

Trudno o lepszy koniec tygodnia, niż rozmowa przy piwie z Tomášem Sedláčkiem, czeskim ekonomistą, doradcą prezydenta Vaclava Havla. Autor „Ekonomii dobra i zła” , teraz wyszło tłumaczenie „Zmierzch Homo economicus” – rozmowa z Sedláčka z matematykiem Davidem Orrellem. Sedláček w błyskotliwy sposób rozbija mnóstwo założeń, na jakich oparta jest ekonomia. Jako ekonomista jest przy tym wiarygodny. Świetnie przy tym opowiada. Na dowód wideo z wystąpienia podczas TEDx w Grecji. Autor „Ekonomii dobra i zła” (jak przyznaje, pisał ją ponad 10 lat) nie ma litości wobec swoich kolegów ekonomistów, którzy za rzeczywistość przyjmują założenia, na jakich opierają swoje późniejsze analizy. Podstawowe, założenie o racjonalności człowieka jako uczestnika rynku i wynikające stąd kolejne „aksjomat”, że racjonalny aktor dąży do maksymalizacji użyteczności. W „Ekonomii dobra i zła” Sedláček pokazuje, sięgając aż do eposu o Gilgameszu, że nie można mówić ekonomii zapominając o horyzoncie etycznym i społecznym. Ten kontekst jest obecny zawsze, nawet gdy Smith uwzniaśla egoizm rzeźnika i piekarza, nie może pominąć w swym wywodzie dobra ogólnego.

Odrębną zupełnie sprawą jest krytyka metodologii nauk ekonomicznych i wiara (tak właśnie, wiara) w skuteczność modeli matematycznych. Czeski ekonomista (w najnowszej książce razem z Orrellem) pokazuje, że modele te doskonale działają w ramach przyjętych założeń, tyle tylko że założenia te nie odnoszą się do rzeczywistości:

Jeśli w ekonomii usuniesz wyjściowe założenia, wszystko się zawali. Bo to trochę tak, jakbyśmy my, ekonomiści, budowali katedrę z samych rusztowań. Niczego innego niż rusztowania nie mamy. Kiedy je w końcu rozbierzemy, stwierdzimy, że żadna katedra nie istnieje. Za to w fizyce jest całkiem na miejscu, że coś zbudowaliśmy i w końcu też coś prawdziwego stoi. W fizyce można wrócić do rzeczywistości.

I ulubiony przykład Sedláčka ilustrujący złudną wiarę w liczby i modele matematyczne, pochodzący książki Autostopem przez galaktykę, kiedy komputer na pytanie co jest sensem życia odpowiada: 42.

Pewnie znasz książkę Autostopem przez galaktykę – więc znasz także odpowiedź na pytanie, co jest sensem życia, wszechświata i całej reszty, jak to napisał Douglas Adams. Nieważne, że chodzi o liczbę 42. Ważne, że jest to liczba. Odpowiedź nie do podważenia. Na miękkie pytanie – właśnie dlatego to jest takie śmieszne – właściwą odpowiedzią była liczba. I dokładnie tego my, ludzie chcemy. Chcemy liczby, którą nam wygeneruje jakiś superinteligentny system komputerowy.

Jutro (w niedzielę) Sedláček wystawia w Warszawie sztukę na podstawie „Ekonomii dobra i zła”, poza tym pracuje teraz nad „ekonomiką orgazmu” – z opowieści sądząc zapowiada się kolejna ciekawa książka. Umówiłem się z Sedláčkiem, że przyjedzie w przyszłym roku, by wziąć udział w projekcie o utopiach i możliwości przyszłości, który wystartuje 29 listopada spotkaniem z Krystianem Lupą.

 
NOWOŚCI
ZAPOWIEDZI
Mądrość zwycięzców. Umysł wart miliony - Jim Stovall
PREMIERA 7.12.2017
 


 
WYDAWNICTWOLOGOWANIE DLA PARTNERóW


14693464

 
1996 - 2017 © Wydawnictwo Studio EMKA.  Wszelkie prawa zastrzeżone.  Nota prawna  Polityka prywatności i pliki cookie