Witaj Gościu!

Zaloguj
Zarejestruj
Książki w koszyku

Twój koszyk jest pusty
STRONA GŁÓWNA O NAS JAK KUPOWAĆ KONTAKT KLUB CZYTELNIKA 0
ZNAJDŹ KSIĄŻKĘ LUB AUTORA








 



BIZNES I EKONOMIA

Rafał Woś
Dziecięca choroba liberalizmu
Cena: 39.00 PLN
Ilość stron: 292
Oprawa: miękka, skrzydełka
Format: 135x210mm
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-64437-24-3
  
Kup na prezent

Kilka słów o...

Rafał Woś, dziennikarz i publicysta ekonomiczny „Dziennika Gazety Prawnej”, w swojej książce Dziecięca choroba liberalizmu zwraca uwagę na konkretne deficyty i patologie polskiego życia gospodarczego. Stara się zasiać w głowach czytelników wątpliwości. Może rozwiązania, które większa część polskiej opinii publicznej od dawna przedstawia jako jedyne słuszne i bezalternatywne, wcale takie nie są? Czy nie jest tak, że lekarstwa podawane od 25 lat polskiej gospodarce naprawdę jej (i nam) nie pomagają? Owszem, leczą jedno, ale zaraz skutkują wieloma groźnymi skutkami ubocznymi, na przykład czymś, co moglibyśmy nazwać totalną ekonomizacją wszystkiego.

Od 25 lat polska gospodarka cierpi na specyficzne schorzenie - dziecięcą chorobę (neo)liberalizmu. Woś jej korzeni upatruje w specyficznym splocie dwóch czynników. Bankructwa Polski w latach 80. i światowej dominacji neoliberalnego konsensusu waszyngtońskiego. Sprawiły one, że Polska – i tak odgrywająca w systemie światowym rolę kraju peryferyjnego – nie miała praktycznie żadnych szans, by przed liberalnym bakcylem się obronić. Polskie elity zakochały się w (neo)liberalizmie. Szybko nauczyły się z niego korzystać i z czasem nie potrafiły już wyobrazić sobie innej drogi rozwoju kraju – a choroba rozwijała się w najlepsze.

Dziś – 25 lat po przełomie – Rafał Woś proponuje spojrzeć na naszą gospodarkę z zupełnie innej perspektywy. Nauczyć się nowego krytycznego spojrzenia na ekonomiczne i polityczne dogmaty, w których władaniu pozostajemy od dwóch i pół dekady (a może i dłużej). Wyjść poza złudne przeświadczenie, że wzrost gospodarczy zależy tylko od taniej siły roboczej. Cały bogaty Zachód również kiedyś myślał, że czysty liberalizm (a potem neoliberalizm) to najlepsza i najszybsza droga rozwoju. Potem jednak zobaczył, że to wcale nie jest takie oczywiste. Niemcy, Skandynawowie, Kanadyjczycy, nawet Anglosasi. Oni wszyscy wyleczyli się ze swojej wersji dziecięcej choroby. Teraz czas na nas.

Wybrane opinie o książce:

Książka Rafała Wosia to nie tylko postrzegany  przez dziennikarza ekonomicznego  obraz transformacji ustrojowej  w Polsce . To  przede wszystkim  opowieść o tym,  czy i w jakim stopniu  transformacja ta  przybliża nas do standardów godnego społeczeństwa.  Ta książka przypomina mi teksty słynnego ekonomisty Johna Kennetha Galbraitha,  z  jego dbałością  o  rozwój idei godnego społeczeństwa  i  dążeniem, żeby ekonomia trafiała pod strzechy.
Prof. Elżbieta Mączyńska, szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, wykładowca w Szkole Głównej Handlowej

Przeciwnicy liberalizmu dzielą się na tych, z którymi nie warto polemizować i na tych, z którymi polemizować trzeba. Przebiegłość Rafała Wosia w zwalczaniu liberalizmu jest tak niebezpieczna, że nie sposób na nią nie reagować. Ale żeby reagować trzeba najpierw przeczytać. Ja przeczytałem i szykuję reakcję.
Robert Gwiazdowski, Prezydent Centrum im. Adama Smitha

Bomba! Kto nie przeczyta, ten trąba.
Rafał Woś napisał prawdopodobnie najlepszą analizę tego, co się w polskiej gospodarce, polityce i w życiu Polaków stało przez ostatnie ćwierć wieku pod wpływem dominujących od lat tendencji ideologicznych. I przekonująco objaśnił, co nas może czekać, w zależności od tego, co z tymi tendencjami zrobimy, lub czego nie zrobimy.

Jacek Żakowski, dziennikarz i publicysta tygodnika „Polityka”

RAFAŁ WOŚ
jest dziennikarzem i publicystą ekonomicznym Dziennika Gazety Prawnej. Laureatem Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej (2011). Był też nominowany do Grand Pressa, Nagrody im. Barbary Łopieńskiej, Nagrody im. Eugeniusza Kwiatkowskiego (przyznawanej przez Akademię Ekonomiczną w Krakowie), Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego oraz Nagród SDP.

 

9.10.2014 r., godz.: 19:00, Faktyczny Dom Kultury w Warszawie.

Debata o mitach narosłych wokół polskich dyskusji o gospodarce, na kanwie książki Dziecięca choroba liberalizmu. Spotkanie z Rafałem Wosiem, prowadził Jacek Żakowski.
Zapraszamy do odsłuchania nagrania z debaty tutaj>>




Polsat News + - Rafał Woś był gościem Mariusza Ziomeckiego w programie „Prawy do Lewego, Lewy do Prawego”, godz. 20:00. Link do programu tutaj>>


Radio TOK FM
- gościem audycji "Światopodgląd" Agnieszki Lichnerowicz, 16 października, godz. 16:00 był Rafał Woś. Rozmowę można odsłuchać tutaj>>>


Radio RDC - rozmowa Rafała Wosia z Grzegorzem Chlastą w audycji "Poranek RDC" 14.10 godzina 7:30. Całą rozmowę można odsłuchać tutaj>>>


Jedynka Polskie Radio - audycja „Puls gospodarki” w dniu 7 listopada, godz. 10:15 rozmowę prowadziła Grażyna Raszkowska. Podcast rozmowy tutaj>>
Fragment/Recenzja:
 


 
19.11.2014r.

Polityka - nr 47 (2985)

autor: Daniel Passent

O szoku ów!

Od czasu do czasu, niestety rzadko, pojawiają się książki napisane z pasją, swadą, których autorzy mają do powiedzenia coś więcej niż media, czasami budzą sprzeciw, ale zmuszają do myślenia. Książki takie jak „Prześniona rewolucja” Andrzeja Ledera, „Po południu” Roberta Krasowskiego, „Obłęd 44” Piotra Zychowicza czy ostatnio „Dziecięca choroba liberalizmu” Rafała Wosia.

Co prawda mógłbym napisać felieton na tematy bardziej pasjonujące niż polska transformacja neoliberalna, choćby „łapaj złodzieja!”, czyli 80 dni dookoła świata na koszt Sejmu, ale mnie bardziej wciągnęła książka Wosia. Jest to właściwie pamflet na transformację – nasz główny powód do dumy i chwały, czyli zmiana ustroju oraz szybki wzrost gospodarczy. „Najbardziej udana transformacja w kraju postkomunistycznym, zielona wyspa, udany przykład terapii szokowej” i inne komplementy nie przemawiają do Wosia – wręcz przeciwnie, wszystko obrzydza, wszędzie włoży łyżkę dziegciu i zawsze podeprze się odpowiednim cytatem jakiegoś guru z uniwersytetu w Oklahomie albo w Koziej Wólce.

Książka Wosia to frontalny atak na polskie przemiany ekonomiczne, nie z pozycji postkomunistycznych, Boże broń, już raczej z punktu widzenia etatysty i „socjała”, zwolennika większej roli państwa w gospodarce, zwłaszcza „państwa dobrobytu”, o którym mówi się, że umarło, ale zdaniem autora pogłoski o śmierci są co najmniej przedwczesne.

Punkt po punkcie Rafał Woś podważa nasze osiągnięcia. Nie czyni tego jako pierwszy, prochu nie wymyśla, byli przed nim krytycy transformacji, m.in. Tadeusz Kowalik, Grzegorz Kołodko, Kazimierz Łaski i inni, ale nie przypominam sobie książki tak biegle napisanej, która atakowałaby polskie przemiany tak wszechstronnie i z taką swadą. Woś widzi korzenie neoliberalizmu, który nazywa „chorobą”, jeszcze w latach 80., w reformach u schyłku Polski Ludowej. (Zdaniem Karola Modzelewskiego polska rewolucja neoliberalna zaczęła się… 13 grudnia 1981 r.). „Liberalioza” wzięła się, zdaniem autora, z… powietrza, był to okres fascynacji neoliberalizmem, hasłem dnia było jak najwięcej rynku, jak najwięcej prywatyzacji, jak najmniej państwa i etatyzmu. Padają nazwiska symbole: Hayek, Friedman, Reagan, Thatcher, wszyscy święci wolności gospodarczej. Rynek ma zawsze rację.

W Polsce ta religia znalazła wyznawców, także wśród nomenklatury, której podobałyby się zmiany ekonomiczne, ale nie polityczne, coś na wzór Chin. „Wojciech Jaruzelski sądził, iż z pomocą reform ekonomicznych jest szansa na rozwiązanie konfliktu politycznego w Polsce, bez konieczności dzielenia się władzą z Solidarnością” – pisał prof. Zdzisław Sadowski, współpracownik generała w drugiej połowie lat 80. Woś nie ma wątpliwości, że w Polsce najpierw wprowadzono kapitalizm, a dopiero potem demokrację. Co więcej, za jedną z przyczyn neoliberalnego przypływu uważa presję Zachodu, a konkretnie wierzycieli.

„Przyjęcie neoliberalnej »dobrej nowiny« było tym, czego oczekiwali wówczas od Warszawy jej zagraniczni wierzyciele, publiczni i prywatni”. Rządy Mazowieckiego i Bieleckiego zdawały sobie sprawę, że pętla zadłużenia będzie poluzowana, „gdy Polska będzie postępowała według wskazówek płynących z waszyngtońskich instytucji finansowych” – pisze Woś, dając do zrozumienia, że suwerenność Polski miała wtedy swoje granice. Sprzeciw w kraju był ograniczony. Poglądy nielicznych krytyków nie mogły się przebić.

Woś stara się podważyć dominującą narrację. Ekonomiczny dorobek tego przełomu nie jest dla niego ani trochę imponujący. Spadek PKB, płac, rent i emerytur był drastyczny, nie tylko z winy władz, ale i okoliczności, takich jak rozpad ZSRR i RWPG. Władze były jednak konsekwentne, wierzyły w słuszność terapii szokowej mimo głosów ostrzegawczych. Krytykę odrzucano jako „nieodpowiedzialny populizm” albo tęsknotę do socjalizmu. (Notabene Woś uważa, że coś takiego jak populizm w ogóle nie istnieje). Na prywatyzacji nie zostawia suchej nitki, wydała bardzo wiele złych owoców, stracili na niej robotnicy, zyskali przedstawiciele „PRL-owskiej klasy menedżerskiej”, dokonała się pierwotna akumulacja kapitału. A już tak zwana powszechna prywatyzacja była fiaskiem, skorzystali na niej nieliczni.

Produkcja spadła, rozpoczęły się masowe zwolnienia. Panowała wszechobecna wiara w absolutną wyższość własności prywatnej nad uspołecznioną. Kapitał zagraniczny wlewał się bez przeszkód, kupując dużo i tanio. „Pisanie o brzydkiej stronie inwestycji zagranicznych jest ryzykowne” – zauważa Woś. Zawsze pada pytanie: „To co mieliśmy robić? Otoczyć się murem i postawić na autarkię?”. Reforma emerytalna to modna wówczas, krótkowzroczna prywatyzacja funduszy emerytalnych, która może skończyć się katastrofą. „W przedstawionym powyżej pędzie ku wspaniałej neoliberalnej przyszłości polskie elity zupełnie zlekceważyły zagrożenia, jakie może oznaczać skok w prywatyzację. Zwłaszcza w tak wrażliwej dziedzinie jak system emerytalny” – pisze Woś.

Celem jego ataku jest nie tylko choroba liberalna, ale i panujące mity, takie jak złoty polski wiek, w jakim podobno żyjemy, zdecydowana przewaga pracodawców nad pracownikami, przekonanie o szkodliwości związków zawodowych dla gospodarki, wiara, że Polska jest podatkowym piekłem, podczas gdy faktycznie jest rajem, „socjał”, czyli państwo dobrobytu stało się zmorą, a nie błogosławieństwem.



 
20.10.2014r.

Gazeta Wyborcza
autor:  Jacek Żakowski

Pewex dla wyborcy

Recenzji tu jeszcze nie drukowałem. Zwłaszcza recenzji z książki napisanej przez kolegę po fachu. Ale ta książka jest czymś więcej niż wydarzeniem tygodnia. I bardzo się boję, że w ogniu bieżączki Państwu umknie. A dużo by Państwo stracili.

Jest to książka o chorobie. Przewlekłej jak bronchit, zakaźnej jak ebola, epidemicznej, wymagającej wieloletniej rekonwalescencji. Z badań wynika, że niemal wszyscy Polacy są nią zakażeni (choć objawy słabną), a Polska jest dziś niespotykanym już w świecie zachodnim siedliskiem zarazy.

Autorem książki jest, niestety, słabo jeszcze Państwu znany dziennikarz Rafał Woś pisujący głównie w piątkowym "Dzienniku" i występujący czasem w Radiu TOK FM. Tematem publikacji jest "Dziecięca choroba liberalizmu". Ależ to jest książka, proszę Państwa!

Nie jest to jednak - jak można sądzić z tytułu - atak na liberalizm. Nim Woś się nie zajmuje. I słusznie. Bo każdego można wpisać w któryś liberalizm. Od Pinocheta (liberał gospodarczy) przez praktycznie wszystkich liczących się na polskiej scenie polityków po Raula Castro, który przy Fidelu jest partyjnym liberałem (podobnie jak Gomułka przy Bierucie, Miedwiediew przy Putinie czy Orbán przy Jobbiku).

Jest to książka o dziecięcej naiwności większości polskich elit, które ćwierć wieku temu dały się oślepić blaskiem zwulgaryzowanych liberalnych "prawd" (podobnie jak poprzednie pokolenie dało się oślepić komunistycznymi "prawdami") i zastygły w nowej wierze tak bardzo, że spora ich część jeszcze w niej trwa, a nawet wciąż zaraża. Chociaż na Zachodzie powszechnie dostępne są już naukowo i praktycznie sprawdzone szczepionki.

Rafał Woś należy do pokolenia, które nie zdobywało wolności i nie budowało rynku, bo miało je od początku świadomego życia. Dzięki temu nie jest przywiązany do tego, co się mówiło i myślało dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. On sam tego nie pisze, ale czytając jego książkę, trudno się opędzić od myśli, że w polskiej debacie społecznej i ekonomicznej mamy ten sam problem co w polskim Kościele, służbie zdrowia, oświacie itp. Ogół jest dość normalny i mniej więcej zintegrowany ze światem, ale najwięcej do powiedzenia ciągle mają ci, którzy są mentalnie najbardziej zapóźnieni. Ludzie są więc stosunkowo szczęśliwi, a gospodarka jakoś sobie radzi - głównie dzięki temu, że różni mędrcy i politycy sobie, a my po polsku: sobie, czyli jak się da.

Na tym tle książka Wosia jest jak Pewex wśród peerelowskich sklepów. Odpowiadając na nasze bóle i potrzeby, oferuje odniesioną do polskich realiów najlepszą światową produkcję intelektualną oraz z konieczności głównie eksportową (bo niepasującą do wciąż dominującego nurtu) produkcję krajową, która okazuje się dużo więcej warta, niż można sądzić z mediów. W ten sposób ze strony na stronę (jest ich niespełna 300) czytelnik zaczyna rozumieć, dlaczego nic się tu nie zgadza i mało co jest takie, jak się wydawało.

Dzięki tej książce nie będą Państwo musieli szukać tajnych spisków, układów itp., żeby wyjaśnić, co się w Polsce dzieje, bo zrozumieją Państwo, że przyczyna jest głównie w głowach przez lata wypełnianych myślami niepasującymi do rzeczywistości. Przestanie więc Państwa korcić, żeby głosować na PiS czy Korwin-Mikkego, bo zauważą Państwo, że tkwią w tych samych starych torach. Tylko jeszcze bardziej. Kto przeczyta, ten sam to zrozumie.



 
19.10.2014r

autor: Bartek Godusławski

Socjalista w ogrodzie liberalizmu

Liberałowie, neoliberałowie, wolnorynkowcy i wszyscy, którzy uważają, że najrozsądniej jest dać się prowadzić niewidzialnej ręce rynku, powinni przeczytać książkę „Dziecięca choroba liberalizmu” publicysty ekonomicznego „Dziennika Gazety Prawnej” Rafała Wosia. Choć autor daje im preteksty do krytyki, w zasadniczych punktach ma rację.

Gdy zaczynałem się czytać opowieść Wosia o tym, co zarażenie kapitalizmem zrobiło Polsce, czułem się jak pensjonarka, która wpadła na „Panią Bovary” Gustava Flauberta. Wypieki na twarzy, szybsze bicie serca, zagryzione wargi i galopada myśli: co dalej, co dalej… Gdy zbliżyłem się do rozdziałów o objawach naszej „liberalnej świnki”, byłem już jak prezydent Lech Wałęsa – za, a nawet przeciw. Gdy pewnym krokiem wszedłem razem z autorem w gąszcz patologii rynku pracy, systemu podatkowego czy niewydolnego państwa, to rozpocząłem niczym Kubuś Fatalista dialog ze swoim Panem Wosiem. Bo co do zasady autor „Dziecięcej choroby liberalizmu” ma rację. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i – jak to diabeł – niekiedy skutecznie zwodzi.
Ekonomia w stylu pop

Najpierw jest duża ulga: brak wykresów, tabel, aneksów statystycznych. Potem zwraca się uwagę na język książki –prosty, zrozumiały, niemal kolokwialny. I wreszcie potwierdzenie starej prawdy, że lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć. Woś pokazuje się jako erudyta, ma dużą łatwością poruszania się wśród najważniejszych badań i publikacji ekonomicznych, socjologicznych i politologicznych ostatnich, powiedzmy, 300 lat. Jest też dowcipny, a poczucie humoru jest wartością samą w sobie. Prezentuje ekonomię w wersji ambitnego pop, bez naukowego zadęcia i ogólnie zrozumiale.

Autor w dużej części powiela, ale też próbuje rozwinąć w polskich warunkach, te diagnozy, o których pisali już w 2011 roku Nancy Birdsall i Francis Fukuyama w artykule „The Post-Washington Consensus. Development After The Crisis” w magazynie „Foreign Affairs”. Wskazywali oni na zmiany, jakie zaszły w globalnym myśleniu po krachu finansowym w latach 90. w Azji i Ameryce Środkowej czy po wybuchu kryzysu finansowego w USA w 2008 roku.

„Otwarte rynki kapitałowe, w połączeniu z nieuregulowanym sektorem finansowym, to doskonała recepta na katastrofę” – to pierwszy efekt zmiany w myśleniu, który wymieniają Birdsall i Fukuyama (cytaty pochodzą z tłumaczenia artykułu opublikowanego w tygodniku „Forum”, 26 kwietnia 2011 roku). „Kapitalizm to dynamiczny proces, w którym obok prosperity są i niewinne ofiary, które tracą pracę, i zaczyna grozić widmo bezrobocia”, a stąd już tylko krok do wniosku, że „konsolidacja i legitymizacja nietrwałych demokracji będzie zależeć od ich zdolności zapewnienia silniejszego zabezpieczenia społecznego”.

Kolejne apele i spostrzeżenia amerykańskich ekonomistów dotyczą walki z nierównościami społecznymi i potrzebą budowy osłon dla najbiedniejszych. Birdsall i Fukuyama zadają pytanie, czy klasa średnia jest gotowa na współfinansowanie tego socjalu. Pokazują, jak działa pod różnymi szerokościami geograficznymi widzialna ręka państwa jako równowaga dla niewidzialnej ręki rynku. W ich ocenie widoczne są już efekty zmian w globalnym myśleniu o pobudzaniu wzrostu zarówno po stronie zaawansowanych gospodarek (USA, UE czy Japonii) i krajów rynków wschodzących, jak Brazylia czy Chiny.
Liberalizm po polsku

Rafał Woś bierze na warsztat „polski liberalizm” i rozmontowuje go, omawia każdy z elementów, a na koniec nie chce poskładać go z powrotem. Uznaje bowiem, że części są zużyte, zepsute albo wręcz zbędne i powodują, że mechanizm nie działa.

Autor postanowił zrecenzować dominujący w Polsce nurt myślenia w ekonomii – choć może raczej jego hybrydę – z pozycji niemal socjalisty gospodarczego, co niekoniecznie jest obelgą, ale może prowadzić w ślepe uliczki, jak to ma miejsce np. ze związkami zawodowymi. O ile idea ruchu związkowego nie budzi zastrzeżeń, to już funkcjonowanie tego ruchu w Polsce nie przysparza mu zwolenników. Przykład niemiecki, który przytacza Woś, jest w warunkach polskich utopią. Po obu stronach Odry panuje inna kultura polityczna, a właściwie w ogóle inna kultura. To fetyszyzowanie związków zawodowych jest trochę irytujące, ale nie bardziej niż bzyczenie komara podczas zasypiania.

Bywa też Woś niekonsekwentny w swoim myśleniu. Słusznie nie demonizuje długu publicznego i deficytu fiskalnego jako impulsów do stymulacji gospodarek, gdy tego potrzebują, ale z drugiej strony przestrzega przed byciem zakładnikiem rynków finansowych. To kto ma w takim razie sfinansować ten stymulus? Jak znaleźć złoty środek?

Największe kontrowersje w kontekście diagnozy i lekarstwa mogą się wiązać m.in. z tym, co Rafał Woś pisze o państwie dobrobytu, do którego ma prowadzić stworzenie silniejszego systemu zabezpieczenia społecznego. Pytanie nie tyle o sam cel, ile środki. Drażni też zero-jedynkowe podejście o kapitału zagranicznej i bezpośrednich inwestycji zagranicznych (chwała rynkowi wewnętrznemu, a nie demonowi kapitału płynącego spoza kraju).
Demografia, głupcze

Nie mniej ważne od tego, o czym pisze w swojej książce publicysta DGP, jest to, o czym nie pisze albo na co poświęca jedynie kilka kropel atramentu. Uznał np., że po 25 latach (a nawet więcej) życia z „rakiem liberalizmu” i jego przerzutami czas na nowo przeorientować sposób myślenia i wzorce działania w polityce społeczno-gospodarczej. Tak jak kończą się dotychczasowe źródła wzrostu PKB w Polsce i czas znaleźć i odpalić nowe, tak przedkryzysowe idee czas poddać wiwisekcji i albo naprawić, albo odrzucić. Tyle że pokazując potrzebę zmiany (a może wystarczyłoby naprawić?) modelu i systemu nawigacji na kolejne ćwierćwiecze, Rafał Woś uciekł przed tematem demografii (choć jest to strukturalny problem świata), przed kwestiami zamiany złotego na euro (długookresowo musimy to brać pod uwagę w myśleniu o modelach rozwoju) i jakości administracji publicznej oraz stanowionego prawa (bez tego nawet najlepsze rozwiązania pozostaną intelektualną rozrywką).
Ewolucja, nie rewolucja

Pochylił się za to Woś nad jakością intelektualną tego, co głoszą dzisiaj osoby, które mają (albo sądzi się, że mają) moc sprawczą w nadawaniu kierunku polskiemu rozwojowi. Mam wrażenie, że jakość ta odpowiada dzisiaj autorowi i jest mu bliska, bo dosyć ciepło wypowiada się o Jacku Rostowskim, Janie Krzysztofie Bieleckim czy Marku Belce dzisiaj. Sądzę jednak, że całkiem niesłusznie uważa, że musieli się oni wyspowiadać i zrewidować poglądy sprzed ponad 20 lat. Nazywa to nawet swoistą drogą do Canossy.

Polscy politycy i ekonomiści ewoluowali w podobnym tempie jak ich odpowiednicy na Zachodzie. Bo jeśli nawet po upadku Lehman Brothers niektóre mózgi nie przeszły rewolucji, to kiedy Włochy mogły podzielić los Grecji czy Portugali, ewolucja w tych umysłach była już zaawansowana.

Książka Rafała Wosia jest pozycją wagi ciężkiej i pojawia się w wybornym momencie, jakim jest 25. rocznica upadku tego, co upaść musiało. Autor proponuje dyskusję o modelach rozwoju w kategoriach przede wszystkim jakościowych, a nie jedynie ilościowych. Pozycja ta powinna wywołać do tablicy kilku ekonomistów, polityków i publicystów; profesorów, doktorów i redaktorów. Oni wiedzą, o kogo chodzi.

„Dziecięca choroba liberalizmu” jest efektem dokładnego przebadania organizmu gospodarki i wskazuje, gdzie boli. Mam jednak wątpliwości, czy na podstawie objawów choroba jest na pewno dobrze zdiagnozowana, a proponowane lekarstwa zadziałają. Zakładam, że Rafał Woś ma rację, ale wolałbym, żeby się mylił.


 
10.10.2014r.

Autor: Andrzej Andrysiak

Historia pewnego spustoszenia W zblazowanym świecie rodzimego dziennikarstwa ekonomicznego mało kto czemukolwiek się dziwi. Po co, jeśli wszyscy wszystko wiedzą? Jak pomysły na gospodarkę, to skrajnie liberalne. Jak oszczędności, to na biedniejszych, bo ich jest masa, a poza tym z bogatym nie ma co zadzierać, bo jeszcze się obrazi i ucieknie za granicę.
Sednem uprawiania polityki gospodarczej oraz probierzem jakości rządzenia stała się równowaga budżetowa, deficyt jest gorszy niż Jocker nękający Batmana. A z podatkami to już jedna litania - liniowe, jak najmniejsze, a w ogóle to najlepiej, żeby ich nie było. Gospodarcza rzeczywistość dawno temu została opisana, skatalogowana i odłożona na półkę. Ta zadowolona z siebie gromadka dziennikarzy ekonomicznych dawno zapomniała, co jest sednem uprawiania tego zawodu - zadawanie pytań. Rafał Woś, na co dzień publicysta DGP, daje nadzieję, że jeszcze dziennikarstwo ekonomiczne nie zginęło.
„Dziecięca choroba liberalizmu" to zbiór tekstów, który niejednego doprowadzi do pasji. Woś bez skrupułów atakuje wizję świata, z której wielu-z nas jest tak dumnych - neoliberalizm. Ideologię (to najwłaściwsze słowo), która poczyniła w naszych umysłach i w naszej gospodarce tak wielkie spustoszenia, że jeszcze długie lata będziemy się z niej leczyć.
Można czytać „ Dziecięcą chorobę liberalizmu" jak alternatywną - wobec dominującej - wersję rzeczywistości. Można jako zjadliwą krytykę. Można też jako diagnozę, która ma być punktem wyjścia do najważniejszego pytania: jak to wszystko naprawić? Ta perspektywa jest chyba najbliższa autorowi. Bo Woś się nie zgadza. Nie zgadza się, że to, co nas spotkało w ostatnich 25 latach, było niekończącym się pasmem sukcesów, że model transformacji ustrojowej, który przyjęliśmy na przełomie lat 80, i 90., był najlepszym z możliwych, prywatyzacja w takiej skali niezbędna, a zdegenerowany rynek pracy pozwala optymistycznie myśleć o przyszłości. To nie jest niezgoda krnąbrnego uczniaka, ale dogłębny namysł, poparty argumentami, liczbami i faktami. Woś rozprawia się z mitami, które nie pozwalają nam spojrzeć na gospodarkę świeżym okiem. Bo jeśli państwo jako takie nie jest złe, biznes prześladowany, praca za droga, związki zawodowe niedobre, a wydatki socjalne zbyt duże? A jeśli podatki nie są za wysokie, tylko system ich zbierania dziurawy? Co taka perspektywa oznacza dla obywatela, co dla państwa, a co dla ekonomistów? Jak urządzać świat, jeśli komunizm umarł, a neoliberalizm zapadł na śmiertelną chorobę?
Można się z Wosiem nie zgadzać. Można się na niego wściekać. Ale swoje publicystyczne zadanie wypełnia on doskonale: stawia pytania, nad którymi musimy się zastanowić.



 
09.10.2014r

Rozliczenie z mitami III RP. Recenzja książki Rafała Wosia „Dziecięca choroba liberalizmu”

Wiadomo, że historię piszą zwycięzcy. Historia III RP nie jest tu wyjątkiem.

Dla elit biznesowych, politycznych i opiniotwórczych, którzy są beneficjentami naszej transformacji Polska to kraj mlekiem i miodem płynący, a model gospodarczy, przyjęty po 1989 roku to najlepsze z możliwych rozwiązań. To nieprawda – mówi Rafał Woś.

Dla tego publicysty ekonomicznego związanego z „Dziennikiem Gazetą Prawną” oparty na zasadach neoliberalizmu system ekonomiczny, który bezrefleksyjnie realizowany jest w naszym kraju, to nie tylko nie jedyne możliwe rozwiązanie dla gospodarki i społeczeństwa, ale także bardzo szkodliwe. Dogmaty stworzone przez Miltona Friedmana i jego uczniów – uważa Woś – dowiodły swojej bezużyteczności i sztywne trzymanie się ich jest niewybaczalnym błędem.

Ciągłe wycofywanie się państwa z roli opiekuna i regulatora tworzy świat, w którym warunki dyktuje szeroko rozumiany kapitał. Kieruje się on jedynie logiką maksymalizacji zysków i minimalizacji kosztów, a to oznacza, że nie tylko nie bierze pod uwagę potrzeb społeczeństwa, ale także sam działa na własną niekorzyść. Woś dowodzi, że ciągła deregulacja rynku pracy – dążenie do uelastyczniania zatrudnienia i utrzymywania pensji na najniższym możliwym poziomie prowadzi z jednej strony do ubożenia społeczeństwa, a w konsekwencji do zabicia popytu. W kapitalizmie opartym przecież na konsumpcji to zabójczy proces. Im mniej zarabiamy, tym mniej wydajemy, a im mniej wydajemy tym przedsiębiorcy bardziej muszą ograniczać produkcję i swoje usługi. To prowadzi do zwolnień i spirala problemów się napędza. A to i tak tylko jedna z wielu opisana w „Dziecięcej chorobie...” patologii występujących w Polsce, którą zawdzięczamy zaczadzonym myślą neoliberalną elitom.

Woś bez sentymentów rozlicza się z kolejnymi dogmatami naszej gospodarki, dowodząc, że istnieją inne, sprawiedliwsze dla społeczeństwa i bardziej zyskowne dla gospodarki rozwiązania. Na poparcie swoich tez ma nie tylko przekonanie o swojej słuszności, ale także prace wybitnych ekonomistów, którzy już dawno zrozumieli, że dominujący od lat 80. dyskurs ekonomiczny, który tak dobrze zadomowił się w Polsce, stwarza więcej problemów niż ich rozwiązuje.

Książka Wosia to seria celnych ciosów wyprowadzonych w argumenty tych, którzy uważają, że rzucony na żywioł kapitalizm przynosi możliwie największe szczęście, możliwie największej liczbie ludzi. Nie przynosi i dobrze w końcu zdać sobie z tego sprawę. Znakomita książka Wosia, choć to nadal odosobniony głos w polskiej debacie o ekonomii, pozwala otworzyć oczy na rzeczywistość.

 
NOWOŚCI
ZAPOWIEDZI
Zaczyna się od pasji - Keith Abraham
PREMIERA 10.10.2017
 
Po co nam to było - Joanna Rawik
PREMIERA 12.10.2017
 
Hit Man. Nowe wyznania ekonomisty od brudnej roboty - John Perkins
PREMIERA 17.10.2017
 
Zaklęty krąg - Zbigniew Domino
PREMIERA 19.10.2017
 


 
WYDAWNICTWOLOGOWANIE DLA PARTNERóW


14216015

 
1996 - 2017 © Wydawnictwo Studio EMKA.  Wszelkie prawa zastrzeżone.  Nota prawna  Polityka prywatności i pliki cookie